Maxim 2012-02-08 (15:00)
Tekst:Nick Leftley
Opracowanie: Tomasz Sikora, Aleksander Hepner
Zdjęcia:Colby Katz
Przygotuj się na spotkanie ośmiuset jadowitych węży, sześciu aligatorów oraz faceta, który śmiertelnie trujący jad potrafi zamienić w żywą gotówkę.
Trzymam w dłoniach grzechotnika i czuję paraliżujący strach. Przecież, do diabła, jestem tylko dziennikarzem, a nie jakimś szalonym Indianą Jonesem! Wąż jest cholernie silny, czuję w dłoniach, jak wygina się z dziką, pierwotną siłą. Staram się utrzymać go nieruchomo, podczas gdy z kłów gada spływają krople niebezpiecznej trucizny. Gdy wreszcie go puszczam, trzęsą mi się ręce. Kurczę, przerażające przeżycie, ale jednocześnie piekielnie... rajcujące!
Zasada bhp nr 1: ryzyko wkalkulowane
Kiedy redakcja "Maxima" zleciła mi odwiedzenie fermy węży, czyli miejsca, gdzie pozyskuje się jad gadów, spodziewałem się, że w fotelu właściciela będzie siedział niski, chudy mózgowiec w wielkich okularach i wymiętym fartuchu. Tymczasem facet, na którego patrzę, to dobrze zbudowany, sympatyczny koleś w krótkich bojówkach i solidnych butach. Carl Barden, bo tak się nazywa, jest byłym pilotem samolotów pasażerskich. W 1994 r. zamieszkał na Florydzie, założył Medtoxin Venom Laboratories i od tamtej pory z uporem maniaka "doi" węże, czyli wyciska z ich kłów śmiercionośny jad i sprzedaje go potem firmom farmaceutycznym. I choć brzmi to niezbyt przerażająco, to proces pozyskiwania toksyny z węży jest o wiele bardziej niebezpieczny, niż mógłbyś przypuszczać. Zwłaszcza dla właściciela.
- Każdą kroplę jadu wyciskam własnoręcznie z paszczy gadów, a jestem potwornie uczulony na jad węży - przyznaje Carl, gdy wchodzę do jego "biura", a w rzeczywistości laboratorium mieszczącego ponad osiemset groźnych, wijących się węży. - Po ukąszeniu wpadam we wstrząs anafilaktyczny. Moje drogi oddechowe obkurczają się i nie mogę oddychać. To co, przejdziemy się? - zaprasza mnie na spacer, jakbyśmy mieli obejrzeć zwykłe biuro, a nie pomieszczenie pełne zabójczych zwierząt.
Zasada bhp nr 2: nie jedz żółtego śniegu
- Mam 100 mokasynów miedziowców, 100 mokasynów błotnych, 50 koralówek, 85 grzechotników diamentowych, 10 okularników indyjskich, 6 kobr plujących... - Barden mówi tak spokojnie, jakby wyliczał sprzęt biurowy będący na stanie jego firmy.
- Kobry plujące? - pytam. - Nigdy o takich nie słyszałem.
- Plują ofierze jadem w oczy - wyjaśnia lekko znudzony Carl, a ja przełykam ślinę, bo w gardle rośnie mi gula strachu. Rzeczywiście, tuż obok mnie stoi pojemnik z napisem: "Plujka! - Zawsze noś okulary ochronne!".
Carl otwiera chłodnię i pokazuje mi pojemniki z jadem, który wycisnął poprzedniego dnia. Zamknięta w plastikowym pojemniczku, na wpół zamrożona trucizna wygląda jak obsikany śnieg. Właśnie w takiej postaci sprzedaje ją Carl. Firmy farmaceutyczne lub laboratoria badawcze, które kupią truciznę, rozmrożą ją, oczyszczą, a następnie poddadzą procesowi liofilizacji, czyli odciągnięcia wilgoci. Efektem końcowym będzie żółta substancja przypominająca puder. Ot, taka trucizna w proszku.
Zasada bhp nr 3: nie zbliżaj się do kobry
- Tu mieści się około kilograma sproszkowanego jadu - Carl prezentuje wypełniony po brzegi, szczelnie zamknięty słój. - Potrzeba około 10 wyciśnięć, żeby uzyskać 1 gram, który sprzedaję za około 100 dolarów. Rocznie mogę zarobić albo zaledwie 10 tys. dolarów, albo... nawet powyżej 200 tys.! - mówi Carl. - Wszystko zależy od cen surowców na rynku trucizn. Oj tak, rynek jest nieprzewidywalny, a koszty mogą cię dosłownie pożreć żywcem - dodaje, łypiąc okiem.
Tuż obok trującego jadu stoją ampułki z odtrutkami. Gdy pracuje się z tyloma gatunkami węży, trzeba mieć antidotum. Najlepiej, jeśli mamy antidotum na jad wszystkich węży, bo w szpitalach spotykane są tylko antytoksyny działające w przypadku ukąszeń popularnych gatunków.
Chwilę później spotykam Dennise Abreu, drugą najważniejszą osobę w laboratorium, i tak się składa, że bardzo atrakcyjną kobietę.
- Dwa razy zostałam ugryziona - mówi z uśmiechem. - Za pierwszym razem była to koralówka i nie było to nawet w laboratorium. Ukąsiła mnie, gdy pracowałam w ogródku.
- To było paskudne ugryzienie - potwierdza Carl. - Mocno krwawiła, a jej ramię spuchło. Wstrzyknięto jej sześć ampułek antytoksyny.
- Aż sześć? - nie dowierzam.
- To i tak niewiele - słyszę w odpowiedzi. - Gdy mocno dziabnie cię grzechotnik, ampułek może być nawet 50, a każda po 10 tys. dolarów. Ukąszenie przez węża to nie żarty!
- Teraz nie podchodź - prosi Dennise. Carl wysuwa szufladę i, szybciej niż mógłbyś mrugnąć, szalona kobra wyskakuje na wysokość pół metra! Kołysze się, rozkłada kaptur i syczy, podczas gdy Carl za pomocą chwytaka przerzuca ją na stół. Dennise dociska węża do blatu, a Carl przytrzymuje jego paszczę na krawędzi szklanego pojemnika. Po chwili z kłów jadowych tryska porcja trucizny wystarczająca, by zabić kilku mężczyzn.
2012-02-08
źródło: Maxim
(fot Maxim/Colby Katz )