Alpejska adrenalina
None
Alpejska adrenalina
START:
KITZBUEHEL, TYROL
TERAZ, BO:
MOŻNA POLATAĆ NAD ALPAMI, NIE NARAŻAJĄC NOSA NA ODMROŻENIE.
TYP AKTYWNOŚCI:
paralotniarstwo.
KONDYCJA, UMIEJĘTNOŚĆI:
w tandemie zbędne, potrzebna tylko szczypta odwagi.
GDZIE I JAK:
Kitzbuehel to modny i świetnie prosperujący całoroczny kurort. Zbocza gór nadają się do uprawiania paralotniarstwa, na dole zawsze można znaleźć jakąś wygodną łąkę do lądowania.
Ale tym, co najbardziej przyciąga, jest spektakularna sceneria górska. Z jakiego punktu nie patrzeć, widać monumentalny, surowy masyw Dzikiego Cesarza, Wilder Kaiser. Początki tego tyrolskiego miasteczka, nazywanego pieszczotliwie przez bywalców „Kitz”, sięgają IX w p.n.e. Jego rozwój związany był z wydobyciem węgla i miedzi, dziś wszystko kręci się dzięki miłośnikom gór i różnym szaleńcom poszukującym wciąż nowych wyzwań. Zapewne też do nich należę, decydując się na lot paralotnią w tandemie z Markusem Noichlem, młodym przystojniakiem, dla którego to chleb powszedni. Samochodem terenowym prujemy krętą drogą pod górę, za kierownicą dziewczyna Markusa, obok jego przyjaciel i wspólnik Manfred, uśmiechnięty od ucha do ucha.
Normalnie wjeżdża się wygodnie gondolą, która akurat znajduje się w remoncie. Słowem, pech. Ale dzięki temu mam jeszcze czas, by rozważyć swój ryzykowny krok. Paralotniarstwo nie jest sportem bezpiecznym, często zdarzają się skręcenia, zwichnięcia, złamania kończyn i urazy kręgosłupa. Wyobrażam sobie lądowanie na drzewach lub liniach energetycznych, na których żałośnie dyndam z głową spuszczoną w dół. Oczami wyobraźni widzę groźne turbulencje rzucające nami w wąskich, skalnych przesmykach i duszące prądy, co zdarza się częściej na obszarach o dużych różnicach temperatur.
Alpejska adrenalina
Kiedy docieramy na szczyt Hahnenkamm (ok. 1655 m n.p.m.), świeci piękne słońce. Stąd poprowadzono pierwszą trasę zjazdową dla narciarzy w Austrii w 1928 r. Co roku, w styczniu, odbywają się tu zawody dla profesjonalistów. Wszyscy emocjonują się wyczynami śmiałków zjeżdżających osławioną trasą Streif. A gdy zwycięża Austriak, „Kitz” ogarnia szaleństwo. Markus szóstym zmysłem potrafi wyczuć zmianę pogody. Najpierw ocenia wiatr, co ma kluczowe znaczenie dla lotu. -Zbyt porywisty uniemożliwia start – mówi. – Kiedy sterujesz paralotnią, szczególnie niebezpieczna jest nagła zmiana siły i kierunku wiatru.
Zawsze obserwuję niebo, nie lubię cumulonimbusów, bo to zwiastun burzy. Właściwie nie ma żadnej dobrej rady, co zrobić, kiedy taka chmura zacznie człowieka wsysać. Trzeba za wszelką cenę unikać cumulonimbusów – śmieje się. Budka na wzgórzu o wymiarach dwa na dwa metry to górski „office” Markusa: - Kiedy mam na pieńku z moją dziewczyną, to w niej śpię – żartuje i podsuwa do podpisania zgodę na lot. Moment wahania, ale raz się żyje.
Zakładam ochronny kask i wskakuję w chroniącą od wiatru „służbową” kurtkę. Na trawie rozciągnięte linki i paralotnia, wyglądająca niczym żagiel fregaty. Rozpędzamy się, aż tracimy grunt pod nogami (bardzo dziwne uczucie), żagiel nadyma się, wirujemy jak wielki ptak nad górami. Po drugiej stronie Kitbueheler Horn, ulubiona góra snowboardzistów, dalej Grossvenediger i najwyższy szczyt Austrii Grossglockner. Z góry widać malowniczo położone Schwarzsee (Czarne Jezioro), okupowane przez miłośników nordic walking, alpejski ogród kwiatowy, pola golfowe i Sport Park, wielkie centrum sportowe pod dachem, gdzie można uprawiać wspinaczkę, łyżwiarstwo i popularny w tych stronach curling. Wydaje się, że lecimy nad rzeką dachów Kitzbuehel, nad którymi góruje barokowy kościół St. Andreasa. Domy do późnej jesieni toną w kwieciu pelargonii, czego z góry, niestety, nie widać. Z wysokości ponad tysiąca metrów trudno dostrzec też, że tylko jeden dom pomalowano na niebiesko, a inny na czerwono, o czym zadecydował pewien artysta
malarz.
Z góry wszystko wydaje się mini światem, w którym niczym mrówki mozolą się mali ludzie. Tam pęd i wyścig, tu - wolność w przestworzach. – Chcesz posterować? - pyta Markus. Oczywiście! Kiedy mówi: „teraz będzie akcja” i schodzi ostro w dół, zataczając koła, nie jest już tak przyjemnie jak wcześniej. Niczym mantrę powtarzam w myślach wcześniejszą instrukcję: „ląduje się na nogi, a nie na „podwozie”. Łąka coraz bliżej, osiadamy miękko. Na ten widok nawet Dziki Cesarz by się uśmiechnął.
Alpejska adrenalina
START:
SANKT MORITZ, DOLINA ENGADYNY
TERAZ, BO:
ALPY JESIENIĄ MIENIĄ SIĘ KOLORAMI. SZLAKI SĄ WYJĄTKOWO PRZYJAZNE I NIE TAK ZATLOCZONE JAK W ŚRODKU SEZONU. SŁOŃCA TEŻ NIE BRAK, WEDŁUG STATYSTYK ŚWIECI TAM PRZEZ 322 DNI W ROKU.
TYP AKTYWNOŚCI:
wędrówka górska KONDYCJA, UMIEJĘTNOŚCI:
wymagana umiarkowana kondycja
GDZIE I JAK:
Sankt Moritz nie trzeba nikomu reklamować. To jeden z najlepiej znanych światowych kurortów, lista koronowanych głów i „celebrities”, które go odwiedziły, wydaje się nie mieć końca. 80 lat temu odbyły się tu jedne z pierwszych Igrzysk Zimowych, 20 lat później kolejne. Samo miasto nad jeziorem, otoczone wyniosłymi górami robi duże wrażenie.
Nasza wyprawa zaczyna się wczesnym rankiem, kiedy nad górami ciągną się welony mgieł, szron przyprószył gdzieniegdzie trawę, dolina Engadyny dopiero budzi się do życia. Nieco zmarznięci ruszamy czerwoną kolejką zębatą na Muottas Muragi (2456 m.). Trochę przypomina ona stare, trzeszczące tramwaje warszawskie, za to widoki za oknem są jak piękne płótna. Drzewa mienią się wszystkimi odcieniami żółci, brązu, czerwieni, przypominając o późnej jesieni.
Docieramy w końcu do górnej stacji będącej zimą Mekką saneczkarzy, którzy z brawurą puszczają się w dół specjalnie wytyczoną trasą. Dotarli tu również król Faruq z Egiptu i słynna Evita Peron, uwiecznieni na zdjęciach, które dziś można oglądać na tarasie widokowym. Co roku taras przyciąga tłumy podczas celebrowanych na szczytach Muotatas Festiwalu wina, Alpejskiego Weekendu lub Festiwalu Jazzu. Spoglądamy w dół: jak na dłoni widać Sankt Moritz, iskrzące się w słońcu jeziora i sąsiednie miejscowości Celerinę, Champfer, Samedan...
Alpejska adrenalina
Wąskim szlakiem ruszamy pod górę. Droga jest lekko grząska i mokra, miejscami zaś kamienista. Staramy się koncentrować na marszu, ale co chwila ktoś wyciąga aparat, żeby utrwalić wrażenia. Enrico Brunold, fantastyczny młody przewodnik, wie wszystko o górach. O niebezpiecznych skalanych półkach, na które łatwo się wdrapać, ale gorzej zejść i lawinach, które zabrały mu dwóch przyjaciół. Na razie korzystamy z przerwy, delektując się szwajcarskim serem i lokalnym piwem w restauracji o stuletniej tradycji „Mount de la Bes-cha” na wysokości 2230. Restauracja to może zbyt szumne słowo na określenie kilku wystawionych na zewnątrz stolików z oszałamiającym widokiem na góry i skromnej chaty, gdzie Filip Niggli i jego pomocnica Angela Degiacomi przygotowują menu. Prowadzenie interesu w takim miejscu wymaga wysiłku. Każdego dnia Filip w plecaku targa na górę kilka bochnów chleba, sery, wędlinę. Ale na szczęście mieszka w pobliskim Sils, zwykle też pierwszy odcinek drogi pokonuje górską kolejką. - Piwo i napoje muszę
transportować helikopterem, co mi rujnuje kieszeń, bo koszt jednego lotu wynosi 300 CH – mówi. Z pełnymi brzuchami jak ociężałe niedźwiedzie ruszamy w kierunku Alp Languard (2230). Ostatni odcinek 3.godzinnej trasy trzeba przejść wykutym w skałach tunelem. W nagrodę: widok, który na długo zostanie w pamięci. Przed nami ośnieżony Piz Palau, najwyższy szczyt (3905 m) i ciężkie jęzory lodowca, spod których nie ma prawa wydostać się choćby źdźbło trawy. To robi silne wrażenie, ale trzeba wreszcie zjechać na dół wyciągiem krzesełkowym. Na koniec krótka wizyta w Sankt Moritz, po retoromańsku San Murezzan. Na Corviglia można zagrać w ulubiony przez Szwajcarów curling z tą różnicą, że używane do gry kamienie mają tutaj kształt butelek od szampanów. W dobrym tonie będzie też odwiedzić kasyno w renomowanym Hotelu Kempiński. W Sankt Moritz nikt nie narzeka na brak gotówki, okazywane uczucia mogą być nieraz fałszywe, ale diamenty są zawsze autentyczne. Miasto zrobiło karierę już w wiekach średnich dzięki mineralnym
źródłom. W ich moc uwierzył sam papież Leon X, który w 1515 r. obiecał pełne rozgrzeszenie wszystkim wiernym, którzy odwiedzą tutejsze Spa. Opuszczamy Sankt Moritz z przekonaniem, że udało się coś przeżyć, coś niezwykłego, a obietnica papieża wciąż działa.