Trwa ładowanie...
Ciekawostki

Bob Geldof: wszystko zależy od poniedziałku

Share
Bob Geldof: wszystko zależy od poniedziałku
Źródło: materiał prasowy
dfwvpc4

To on wymyślił słynne charytatywne koncerty Live Aid i Live 8, to on zagrał główną rolę w filmowym „The Wall”, to on wreszcie jest autorem „I Don't Like Mondays”, jednego z największych przebojów lat osiemdziesiątych.

Zbuntowany, niepokorny i kontrowersyjny, od lat walczy o lepszy i sprawiedliwszy świat. Już 21 czerwca zagra ze swoim zespołem The Boomtown Rats na stadionie Lublin Arena. Bilety do nabycia w kasach Areny Lublin oraz na stronie koncert.booklik.com już od 20 zł!

Bob Geldof (ur. 1951) to człowiek legenda – irlandzki muzyk, wokalista i autor tekstów, aktor (główna rola w filmie Alana Parkera „The Wall”) i działacz społeczny, twórca i organizator wielkich charytatywnych koncertów Live Aid (1985) i Live 8 (2005), dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Brytyjska królowa przyznała mu Order Imperium Brytyjskiego, nadając tym samym tytuł szlachecki. Geldof to też lider wyrosłego z nowej fali zespołu The Boomtown Rats. Grupa rozwiązała się w 1986 roku, ale dwa lata temu powróciła ze składanką „Back to Boomtown: Classic Rats Hits” i światowym tournee.

dfwvpc4

Już 21 czerwca Bob Geldof wystąpi z The Boomtown Rats w Lublinie, na stadionie Lublin Arena, prezentując na żywo przeboje grupy, w tym „Like Clockwork”, „Someone's Looking at You”, „Banana Republic” i „I Don't Like Mondays”, jeden z największych hitów lat osiemdziesiątych. Gratka tym większa, że choć sam muzyk występował już w Polsce kilka razy, nigdy nie pojawił się u nas z tym zespołem. Koncert poprzedzi słynna amerykańska formacja Biohazard. Dzięki sponsorom, ceny biletów zaczynają się od 20 złotych, co jak na polskie realia jest sumą niezwykle konkurencyjną.

W zeszłym roku Bob Geldof przeżył tragedię – zmarła jego córka Peaches Geldof, owoc małżeństwa z Paulą Yates (1959-2000).

Paweł Piotrowicz: Wracasz z The Boomtown Rats po blisko trzydziestu latach przerwy. Nie za długiej?

Sir Bob Geldof: Myślę, że wracamy w samą porę.

dfwvpc4

Co was do tego skłoniło?

Osoby związane z Isle Of Wight, jednym z największych i najważniejszych festiwali w Anglii. Zadzwonili do mnie z pytaniem, czy nie zechciałbym dla nich wskrzesić The Boomtown Rats. Pomyślałem: „Kurcze, kiedy byłem dzieckiem, widziałem na tamtejszej scenie The Doors, Jimiego Hendrixa, The Who czy Leonarda Cohena. To wystarczający powód, by na niej zagrać”. Jako muzyk, przyznaję, bywam próżny [śmiech]. Poza tym… pieniądze, jakie nam zaproponowano, były naprawdę dobre. Nie ukrywam, że ciekawiło mnie też, jak po latach razem zabrzmimy. The Boomtown Rats to był naprawdę dobry zespół. Koncert na Isle Of Wight wypadł cudownie. Ludzie dosłownie oszaleli. Zdecydowaliśmy więc, że gramy dalej.

Kierowałeś się też nostalgią, chęcią powrotu do przeszłości, przeżycia raz jeszcze czegoś, co było magiczne, ale jednak minęło?

Nie było w tym nostalgii. Gdyby się pojawiła, odpuściłbym sobie reaktywację. Nie lubię patrzeć za siebie, nigdy tego nie robię. Wszystkie piosenki, zagrane przez nas po latach, miały taką samą moc. Nie zmieniłbym w nich ani słowa. Kiedy powstały, rywalizowaliśmy z The Clash, Sex Pistols, The Ramones czy Talking Heads. Czasy były zupełnie inne, a my mieliśmy określony polityczny powód, by śpiewać o tym, co nas dotyczy. Ekonomiczna kondycja Irlandii i Anglii była fatalna, młodzi ludzie nie mieli pracy. Kiedy zebraliśmy się ponownie 18 miesięcy temu, globalny kryzys sprawił, że sytuacja wyglądała podobnie. I nadal wygląda... Słowa tych utworów ciągle są więc aktualne. Zdecydowałem wtedy, że mogę kontynuować swoją solową karierę, a także grać w zespole The Boomtown Rats – być jednocześnie Bobem Geldofem i Bobbym Boomtownem, jego alter ego.

dfwvpc4

Jaka jest między nimi różnica?

Boomtown to wściekły i arogancki facet, zdecydowanie ekstrawertyczny; Geldof ma w sobie więcej spokoju i skupienia. Jestem szczęściarzem, że mam możliwość wyrażania się przy pomocy dwóch tak odmiennych postaci. Ale tylko solowo pokazuję, kim naprawdę jestem. Kiedy występuję jako Bobby Boomtown, po prostu wyobrażam sobie, że nim jestem.

Widziałem fragmenty waszych ostatnich koncertów i z przyjemnością stwierdzam, że na żywo brzmicie dziś nawet chyba lepiej niż przed laty. Myślisz, że staliście się dojrzalszymi muzykami?

Przede wszystkim granie daje nam więcej radości. Kiedy byliśmy młodzi, skupialiśmy się na tym, czy sprzedamy więcej płyt niż konkurencja, czy będziemy wyżej na listach przebojów i czy na nasz koncert przyjdzie więcej ludzi. Będąc w zespole, tak naprawdę nie miałem pojęcia, co jest dla niego dobre, choć myślałem, że mam. A dziś już to wiem. W ciągu ostatniego półrocza dzieliliśmy scenę z wieloma dużymi zespołami i wiesz co… Jesteśmy od nich lepsi! [śmiech] Nasza muzyka nie jest ani subtelna, ani wyrafinowana, ale nie taka powinna być. Jest potężna, pełna mocy. Mnie jej granie na pewno daje więcej przyjemności niż kiedyś, także dlatego, że stęskniłem się za tymi utworami. A czy, jak pytasz, dojrzeliśmy…? Mam nadzieje, że nie. W muzyce cenię pewną pierwotność, podstawowe instynkty, połączoną z pasją i intensywnością.

dfwvpc4

Nie mierzi cię, że „I Don't Like Mondays”, jeden z waszych największych przebojów, kojarzony jest ze zwykłym „poweekendowym” samopoczuciem? Często mówimy „Nie lubię poniedziałku”. A przecież…

Absolutnie nie. Jeśli dla kogoś jest to piosenka o kacu, też w porządku.

Przecież ten utwór powstał jako reakcja na słowa seryjnej zabójczyni, Brendy Ann Spencer, która – zapytana, dlaczego dokonała masakry w szkole w San Diego, odparła: „Bo nie lubię poniedziałków”.

Ale właśnie śpiewam tu o odczuciu, a nie o Brendzie. W jej odpowiedzi, „Nie lubię poniedziałków”, znalazłem istotę nihilizmu i zepsucia. Bo to, że się nie lubi jakiegoś dnia, nie jest wcale powodem do tego, by kogoś zabić. Dla mnie to piosenka opowiadająca o braku empatii, o amoralności, która w tamtych czasach była ogromną plagą w Ameryce. Jeśli jednak ludzie myślą, że opowiada o tym, iż po weekendzie znowu trzeba iść do pracy czy szkoły, z trudem wstając po cudownej imprezie, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Bo to oznacza, że nasza piosenka stała się częścią ich życia, że mogą jej użyć do opisania swoich emocji, nastroju czy codzienności. Widziałem tysiące koszulek z takim napisem – stał się więc częścią popkultury. Ja wiem, z czego się wziął i to wystarczy. Może ktoś właśnie przy tych dźwiękach pierwszy raz się kochał i w ten sposób zawsze będzie o nich pamiętał głównie w tym kontekście? Fantastyczna perspektywa.

dfwvpc4

A ty lubisz poniedziałki?

Wszystko zależy od poniedziałku [śmiech].
Wraz z reaktywacją zespołu na rynku ukazała się składanka „Back to Boomtown: Classic Rats Hits”, na której, oprócz waszych największych przebojów, pojawiły się dwie nowe piosenki: „The Boomtown Rats” i „Back to Boomtown”. Powiedziałeś wtedy, że nagranie premierowej płyty nie wchodzi w grę, ponieważ nie wydaje ci się, by było nią jakiekolwiek zainteresowanie. Naprawdę tak uważasz?

Niestety tak.

Jest szansa, że zmienisz zdanie?

Raczej nie.

dfwvpc4

Ale dlaczego? Jest sporo zespołów, które wracają i nagrywają świetne albumy. Ostatnio na przykład Faith No More

Nie mam wątpliwości, że nasz też byłby świetny. Koncerty kończymy wspomnianym przez ciebie premierowym utworem „The Boomtown Rats”, przy którym fani szaleją jak przy największych przebojach. Przypuszczam, że gdybyśmy grali cały czas, bez przerwy, nasze utwory brzmiałyby właśnie tak, niczym rytm and blues XXI wieku. Ale prawda jest taka, że nikt by się nimi nie interesował.

Skąd takie założenie?

Stąd, że nikt nie jest też zainteresowany nową płytą The Rolling Stones. Idziesz na ich koncert i chcesz usłyszeć „Honky Tonk Women”, „Jumpin' Jack Flash” i „(I Can’t Get No) Satisfaction”. Ludzie chcą słuchać klasyków i ja to rozumiem. Dla mnie cała przyjemność grania ich po takiej przerwie wynika z tego, że te stare kawałki brzmią jak nowe. Są świeże, współczesne i aktualne. Kiedy je śpiewam, czuję te same emocje i sens, który chciałem przekazać, pisząc je. I nie ma znaczenia, czy robię to na stadionie w Polsce, czy w barze w Dublinie. Moglibyśmy oczywiście zrobić nową płytę, i to bardzo szybko, z pewnością mielibyśmy z tego powodu sporo frajdy, ale szybko wkradłaby się frustracja. A ja bardzo nie lubię się frustrować.

Jako artysta, który przez całe życie tworzył, nie czujesz potrzeby tworzenia?

Oczywiście, że czuję. Tyle że im jestem starszy, tym bardziej chcę pisać muzykę dla mojego solowego zespołu, jako Bob Geldof. A to są klimaty, które nie pasują do The Boomtown Rats, pozbawione wściekłości. Na pewno więc nagram kolejną płytę pod swoim nazwiskiem. Zresztą, dwa moje ostatnie albumy, „Sex, Age & Death” oraz „How to Compose Popular Songs That Will Sell”, należą, razem z debiutem The Boomtwona Rats [identycznie zatytułowanym – aut.] do moich ulubionych. Oba zespoły są dla mnie równie ważne, bo jestem tą samą osobą, ale moje życie i poglądy chcę artykułować w zespole solowym.

Znasz odpowiedź na pytanie zawarte w tytule twojej ostatniej solowej płyty, „How to Compose Popular Songs That Will Sell”?

To nie pytanie, a instrukcja [śmiech]. Zaczerpnąłem ją z piosenki z lat 30. Oczywiście to ironia. Musiałbym być kimś na kształt Lady Gagi czy raczej Lorda Gagi, by przestało to być ironiczne. Odpowiedzi nie znam i nie wydaje mi się, by istniała.

Jak postrzegasz dzisiejszą branże muzyczną?

Nie ma już branży muzycznej, skończyła się. Wytwornie płytowe nie spełniają już funkcji, do jakiej zostały stworzone. Wszystko teraz idzie do Internetu, co rzecz jasna utrudnia młodym zespołom wybicie się. Wokół mamy po prostu zbyt wiele muzyki. Rock’n’roll nie pełni już centralnej roli w kulturze, jak to miało miejsce przez prawie pięćdziesiąt lat, od 1956 do 2000 roku. W tamtym okresie w zupełnie inny sposób przekazywaliśmy nasze pomysły. Idea bycia młodym, zmieniania świata, przechodziła właśnie przez rock’n’roll, przez dźwięk gitary, specyficzny wygląd. Artyści, których lubiliśmy, definiowali nas. To ich płyty były naszymi mediami społecznościowymi, a nie Facebook, Twitter czy Instagram. Dziś nasze pomysły wyrażamy przez internet. Nie sądzę, by miało to większe znaczenie kulturowe, skoro coś, co jest ważne, żyje w tych realiach kilka godzin, maksymalnie dni. A otaczająca nas wszędzie muzyka pop jest co najwyżej zbiorem dźwięków w tle. Na całym świecie brzmi podobnie, nie ma w niej nic z wyzwania, nic
niebezpiecznego. Rock’n’roll został zniszczony przez destrukcyjną technologię, podobnie jak drukowane gazety, magazyny czy książki.

Jesteś więc pesymistą, jeśli chodzi o przyszłość muzyki czy kultury w ogóle?

Widzę ją w zdecydowanie czarnych barwach. Oczywiście dziś możesz ściągnąć 72-scieżkowe studio, leżąc w łóżku. Z każdym instrumentem świata. Nadal istnieją utalentowani ludzie, ale większość nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Posiadają wszelkie narzędzia, by to robić, ale nie robią. A dziś możesz w domu nagrać fantastycznie brzmiący utwór, dorobić do niego niesamowitą okładkę i umieścić to w sieci, mając tym samym globalną dystrybucję. Tyle że rzadko stoi za tym prawdziwa sztuka… Jest mnóstwo świetnych wokalistów, którzy wygrywają najprzeróżniejsze programy, ale rzadko kiedy są oni prawdziwymi twórcami. Czy mają cokolwiek do zaoferowania kulturze? Nie sądzę. Z drugiej strony, Ed Sheeran, z którym nagrałem w zeszłym roku nową wersję charytatywnego singla „Do They Know It's Christmas?” [chodziło o zebranie pieniędzy na walkę z wirusem Ebola w zachodniej Afryce – aut.] to naprawdę dobry piosenkarz i kompozytor, po prostu cudowny człowiek. Ale czy istotny dla kultury…?

* Trzydzieści lat temu wspólnie z Midge Urem zorganizowałeś największy koncert charytatywny w historii, Live Aid, nastawiony na pomoc głodującym w Etiopii. W 2005 roku, w tym razem z Bono, współtworzyłeś podobną inicjatywę Live 8, próbując przekonać szefów krajów rozwiniętych, by anulowali najuboższych krajom długi i zwiększyli pomoc humanitarną. Jak dziś, z perspektywy czasu, patrzysz na Afrykę?*

Ciągle jest ogrom rzeczy do zrobienia. Sama pomoc finansowa, nawet wysoka, niewiele daje. Afryka potrzebuje inwestycji, za którą pójdą nowe miejsca pracy. Ten kontynent jest niezwykle otwarty na przemysł i biznes. A anulowanie długów jest niezbędne dla dalszego rozwoju, gdyż ich obsługa kosztuje więcej niż one są warte. Szkoda, że tak niewielu przywódców to rozumie.

* Co uznajesz za największy problem ludzkości?*

Nierówność. To, że 50 procent ludzi ledwo wiąże koniec z końcem, żyjąc za mniej niż dwa dolary dziennie. Wyobraź sobie, że 40 procent z tej połowy ma na to życie mniej niż dolara dziennie. Przecież to jest niewyobrażalne, tak się nie da! Jeśli jesteś naprawdę biedny, ale za sprawą technologii widzisz, jak wiele ma reszta świata, zaczynasz o to walczyć, by choć twoje dzieci miały lepsze życie. Nierówność ekonomiczna to podstawa niemal wszystkich problemów współczesnego świata. Także tych klimatycznych, jak ocieplenie klimatu, efekt przedostającego się do atmosfery dwutlenku węgla, powstałego za sprawą spalania roby, gazu i węgla. Biedni za to nie odpowiadają.

Wierzysz w lepszą przyszłość?

Nie bardzo, choć chciałbym, by świat stał się bardziej sprawiedliwy… Nie mamy jako ludzkość dobrej historii.

Zmienia się świat, zmieniają się także obyczaje. Niedawno w twojej rodzinnej Irlandii, kraju zdecydowanie katolickim, dzięki referendum wprowadzono legalizację małżeństw jednopłciowych. Wielu prawicowych polityków w Polsce przeżyło prawdziwy szok z tego powodu.

Takie zmiany to zwycięstwo wolności nad zniewoleniem, więc pozostaje mi tylko im przyklasnąć i mieć nadzieję, że i inne kraje pójdą tą drogą. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Przeżyłeś w zeszłym roku wielką osobistą tragedię, nie pierwszą w swoim życiu. Jak się trzymasz?

Co mogę zrobić… Życie płynie dalej. Jedyne, co mi pozostaje, to ten fakt zaakceptować.

Wywiad przeprowadził: Paweł Piotrowicz

dfwvpc4

Podziel się opinią

Share
dfwvpc4
dfwvpc4