Trwa ładowanie...
23-08-2013 16:03

Co Polacy sprowadzali z Berlina Zachodniego

Co Polacy sprowadzali z Berlina ZachodniegoŹródło: AFP
d40ifp3
d40ifp3

Co Polacy sprowadzali z Berlina Zachodniego Żartobliwie nazywano go "jedyną wyspą na Morzu Czerwonym". To tutaj John F. Kennedy wygłosił słynne przemówienie, w którym zadeklarował "Ich bin ein Berliner", a Ronald Reagan apelował: "Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur!". Jednak dla tysięcy obywateli krajów "demokracji ludowej" był przede wszystkim oazą wolności i dobrobytu, a także ulubionym celem wycieczek... handlowych.

W PRL-owskiej propagandzie "dobrymi Niemcami" byli tylko mieszkańcy NRD i wschodniej części Berlina. Zachodnie dzielnice tego miasta przedstawiano jako siedlisko wszelkiego zła, pozostające we władaniu krwiożerczych kapitalistów.

Taki wizerunek Berlina Zachodniego wyszydził Stanisław Bareja, który uczynił bohaterem kultowego serialu "Zmiennicy" niejakiego Hansa Gonshorka. Dość groteskowy i obleśny typ w młodości należał do Hitlerjugend, a później został prezesem klubu sportowego, co było tylko przykrywką do prawdziwej działalności mężczyzny - przemytu narkotyków oraz handlu walutą. Gonshorek mieszkał i prowadził interesy w Berlinie, oczywiście zachodnim. Jego postać była jednak tak przejaskrawiona, że widzowie bez trudu dostrzegli oczko puszczane przez reżysera. Poza tym Polaków trudno było zniechęcić do Berlina Zachodniego, który kojarzył się z luksusem i dobrobytem.

Rodzynkowe bombowce

Po zakończeniu wojny stolica III Rzeszy stała się problemem dla krajów tworzących zwycięską koalicję antyhitlerowską. Podczas konferencji w Poczdamie ustalono, że Berlin będzie obszarem specjalnym, wspólnie zarządzanym przez ZSRS, Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję.

(fot. fotoPAP/Janusz Mazur)

d40ifp3

Jednak stosunki między Związkiem Sowieckim a zachodnimi mocarstwami szybko zaczęły się psuć i miasto stało się polem zaciętej rywalizacji. Kryzys przyszedł już czerwcu 1948 r., kiedy alianci przeprowadzili w swoich strefach okupacyjnych reformę walutową, nie uzgodnioną z ZSRS. W odpowiedzi Sowieci odcięli dostawy energii elektrycznej oraz zablokowali wszystkie drogi lądowe i wodne do zachodnich części Berlina.

Sytuacja mieszkańców stała się krytyczna. Uratowały ich mosty powietrzne zorganizowane przez USA, Wielką Brytanię i Francję. Skala operacji była ogromna - w czasie jedenastomiesięcznej blokady miasta przeprowadzono około 277 tysięcy lotów. Jednym z bohaterów tamtych czasów okazał się amerykański porucznik Gail S. Halvorsen, który zrzucił ze swojego samolotu paczkę ze słodyczami dla mieszkańców Berlina. Inni piloci zaczęli go naśladować i dzięki temu dostarczono Berlińczykom prawie 23 tony łakoci, a samoloty transportowe otrzymały miano "rodzynkowych bombowców". Spektakularna operacja zmusiła Stalina do zniesienia blokady miasta w maju 1949 r. Kilkanaście dni później Niemcy zostały podzielone na dwa odrębne państwa. Berlin Zachodni otrzymał status obszaru specjalnego administrowanego przez aliantów.

Świat za murem

Zachodnia część miasta szybko stała się dla mieszkańców bloku komunistycznego enklawą wolności i symbolem "lepszego świata". 26 czerwca 1961 r. 120 tysięcy berlińczyków zgromadzonych przed ratuszem Schoneberg słuchało, jak amerykański prezydent John F. Kennedy mówił: - Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek by żyli, są obywatelami Berlina, a zatem jako wolny człowiek czerpię dumę ze słów: "Jestem Berlińczykiem!".

Przywódca Stanów Zjednoczonych odbył wcześniej spacer po mieście. Odwiedził m.in. jedno z najsłynniejszych przejść granicznych, Checkpoint Charlie. Po drugiej stronie obserwowała go grupka mieszkańców Berlina Wschodniego, czujnie pilnowana przez milicję i służbę bezpieczeństwa. Miasto dzielił już wówczas mur, który wzniesiono dwa lata wcześniej. Według NRD-owskiej propagandy miał być "barierą antyfaszystowską", chroniącą obywateli Niemiec Wschodnich przed "emigracją, infiltracją, szpiegostwem, sabotażem, przemytem, wyprzedawaniem i agresją z Zachodu". W rzeczywistości była to desperacka próba powstrzymania gigantycznej fali ucieczek obywateli krajów "sprawiedliwości społecznej". Szacuje się, że w latach 1949-61 do Berlina Zachodniego przedostało się ponad 1,5 miliona mieszkańców NRD i innych krajów komunistycznych.

d40ifp3

W połowie lat 70. główny odcinek muru liczył 107 kilometrów długości i był wykonany z 45 tysięcy betonowych płyt. Okolicy pilnowali żołnierze ulokowani w 300 wieżach wartowniczych oraz psy biegające w specjalnej strefie przygranicznej. Mur nie powstrzymał jednak osób marzących o wolności. Przez 28 lat jego istnienia, do Berlina Zachodniego udało się przedostać blisko 5 tysiącom osób. Według różnych źródeł od 136 do 238 osób zginęło podczas próby ucieczki do "lepszego świata".

"Opylić fajki, kupić salami"

Wizyta w Berlinie Zachodnim stanowiła również marzenie mieszkańców PRL. O tyle łatwe do zrealizowania, że było to jedyne "kapitalistyczne terytorium", do którego Polacy mogli wjeżdżać bez wiz.

Pod koniec lat 80., gdy zliberalizowano trochę przepisy paszportowe, nasi rodacy bardzo chętnie gościli w zachodniej części dawnej stolicy Niemiec. Co ich tam przyciągało? Bynajmniej nie zabytki czy atrakcje turystyczne. "Pilsnera wypić trzema łykami/ Opylić fajki, kupić salami/ Gdy Polizei to dawać chodu/Wrócisz do kraju będziesz do przodu/ A w jeden dzień zarobisz tyle/ Co górnik w miesiąc w brudzie i w pyle" - śpiewał zespół Big Cyc w swoim wielkim przeboju "Berlin Zachodni".

Piosenka świetnie oddaje specyfikę tamtych czasów. Polacy jeździli do niemieckiej enklawy przede wszystkim w celach handlowych. Do dziś krążą legendy o sposobach wyprowadzania w pole celników, "przeczesujących" pociągi i autobusy jadące do Berlina Zachodniego. "Turyści" sprzedawali tam, co się tylko dało. Przede wszystkim papierosy, wódkę i spirytus, a nawet... masło. Nabywców znajdowały także zegarki, lornetki (kupowane od stacjonujących w Polsce żołnierzy radzieckich), stare medale i odznaczenia. Świetne przebicie miały prezerwatywy. Do anegdoty przeszła opowieść o Polaku, który chciał wwieźć do Berlina 200 sztuk kondomów. "Do użytku własnego" - miał tłumaczyć zdumionym celnikom. Zarobione marki wydawano głównie w marketach popularnych sieci Aldi i Penny Markt, gdzie Polacy zaopatrywali się w produkty nieosiągalne w kraju: czekoladę, kawę, gumy do żucia, napoje i piwa w puszce, kosmetyki i środki chemiczne. Później trafiały one na polskie targowiska. Hurtowe zakupy naszych rodaków zdenerwowały mieszkańców
Berlina, którzy zaczęli narzekać na braki w sklepach. W związku z tym wprowadzono ograniczenia - każdy klient mógł kupić np. tylko trzy tabliczki czekolady. Polskie "najazdy" straciły impet jesienią 1990 r., kiedy doszło do zjednoczenia Niemiec. Rok wcześniej zburzono mur berliński.

Rafał Natorski /PFi, facet.wp.pl

d40ifp3
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d40ifp3