Trwa ładowanie...
04-06-2014 10:53

Historia, którą znają tylko nieliczni. Chińska mafia ratowała ludzi przed komunistami!

Share
Historia, którą znają tylko nieliczni. Chińska mafia ratowała ludzi przed komunistami!Źródło: PAP/EPA
d1ljw6e

To zdjęcie znane jest niemal każdemu. 5 czerwca 1989 r. tajemniczy mężczyzna stanął na przeciwko kawalkady nadciągających czołgów. W ten sposób anonimowy buntownik Tank Man, jak go ochrzciły media, stał się symbolem wydarzeń sprzed ćwierć wieku.

Maszyny, których przejazd na chwilę zablokował tajemniczy przechodzień ze zdjęcia, wracały z akcji tłumienia protestów, które od kwietnia 1989 r. odbywały się na placu Tian'anmen. Brali w niej udział przede wszystkim studenci, którzy domagali się demokratycznych reform oraz swobód obywatelskich. Władze postanowiły brutalnie rozprawić się z demonstrantami - komunistyczny reżim brutalnie stłumił zamieszki. Szacuje się, że podczas krwawej pacyfikacji mogło zginąć nawet kilka tysięcy osób. Ofiar wydarzeń z tamtych dni mogło być jeszcze więcej, gdyby nie akcja, której jednym z głównych ogniw była mafia. W ramach operacji Yellowbird przedstawiciele chińskiej organizacji przestępczej pomagali w przerzucie osób stojących na czele pekińskich protestów do Hongkongu, a potem na Zachód.

Mimo wielu lat, jakie upłynęły od pamiętnych wydarzeń, do jakich doszło w stolicy Chin, wiele szczegółów dotyczących projektu Yellowbird wciąż owianych jest aurą tajemniczości. Wiadomo, że po jednej stronie barykady stanęły wówczas gwiazdy show-biznesu, politycy, przedstawiciele wywiadu oraz... mafia. Gdyby nie ich współpraca, los osób z listy poszukiwanych organizatorów zamieszek na placu Tian'anmen oraz wielu innych zaangażowanych w protesty, zostałby przesądzony - wcześniej czy później zostałyby one schwytane i zgładzone. Tak się jednak nie stało, a w znacznym stopniu przyczynili się do tego przedstawiciele chińskiej triady. Na wspomnianej liście znajdowało się 21 nazwisk najbardziej poszukiwanych osób, które prawdopodobnie podzieliłyby los prawie 200 manifestantów, którzy po stłumieniu protestów zostali schwytani, a potem straceni.

d1ljw6e

Jednym z członków gangu, który aktywnie uczestniczył w przerzucie opozycjonistów, był Chan Tat-ching, znany też jako Brat nr 6. W przededniu rocznicy krwawych wydarzeń z Tian'anmen zgodził się on przybliżyć kulisy akcji, która mogła uratować życie nawet 500 osobom. Chiński mafioso przyznał, że sam brał udział w działaniach, podczas których 133 osoby trafiły w bezpieczne miejsce. Wszystko zaczęło się od propozycji współpracy, jaką szef triady usłyszał od dwóch prominentnych przedstawicieli branży filmowej.

"Zapytali się mnie, czy chciałbym wziąć udział w operacji, podczas której wydostawałbym studentów" - tłumaczy Chan Tat-ching (Brat nr 6). "Powiedziałem po prostu 'tak'. Znałem ryzyko i wiedziałem, że gdybym zbyt długo się nad tym zastanawiał, nie byłbym w stanie podjąć decyzji."

Po błyskawicznym opracowaniu planu, w którym określono zasady komunikacji oraz ustalono kody i sygnalizację, przystąpiono do akcji. Jednym z głównych zadań był przerzut opozycjonistów, których życie było zagrożone. Dysydenci trafiali najpierw w obszar sąsiadujący z Hongkongiem, potem czekano na sygnał z brytyjskiej kolonii. Gdy nadchodził odpowiedni czas, otrzymywali tajny kod - dopiero wtedy następował przerzut do Hongkongu. Potem znajdowano im bezpieczne schronienie na Zachodzie - w Stanach Zjednoczonych lub Europie. Gdyby nie wsparcie ze strony triady i jej sojuszników, powodzenie całej misji nie byłoby możliwe. Jak przyznał Chan Tat-ching, dysponowali oni nowoczesnymi środkami transportu, które były znacznie lepsze od tych, które znajdowały się na wyposażeniu władz. Członkowie gangu świetnie znali też obszary, przez które odbywał się przerzut - aktywiści, których życie znajdowało się w zagrożeniu, byli transportowani tymi samymi kanałami, którymi mafiozi na co dzień szmuglowali pochodzące z Zachodu
samochody czy sprzęt.

O kluczowej roli, jaką odegrał Brat nr 6, przekonany jest Lee Cheuk-yan, który był współodpowiedzialny za stworzenie organizacji Hongkong Alliance, która gromadziła fundusze i udzielała wsparcia studentom z Chin. "To był dziwny sojusz, w którym znajdowali się polityczni aktywiści i przedstawiciele półświatka, ale to zadziałało" - powiedział cytowany przez dziennik "The Daily Telegraph" mężczyzna.

d1ljw6e

Szacuje się, że cała operacja pochłonęła ok. 10 milionów dolarów hongkońskich (dziś równowartość ok. 4 milionów złotych). Pieniądze zostały przeznaczone na opłacenie ludzi, którzy uczestniczyli w poszczególnych etapach niebezpiecznej misji, a także do korumpowania urzędników. "W Chinach nie da się zrobić nic, jeśli nie masz pieniędzy, ale jeśli je posiadasz, możesz zrobić wszystko" - dodał Lee Cheuk-yan.

Większość osób, którym udało się zbiec w tym gorącym czasie z Chin, nie ma do dziś wstępu na terytorium Państwa Środka. Wielu z tych, którzy uciekli na Zachód, udało się odnieść sukces - prowadzą swoje firmy albo działalność naukową. Nie zapominają jednak o swojej przeszłości, a kiedy wspominają całą tę historię, odczuwają wdzięczność. Wielu z nich nadal angażuje się w działania na rzecz ruchów wolnościowych.

Brat nr 6, opowiadając o wydarzeniach sprzed 25 lat, nie odczuwa dumy. Po roku od rozpoczęcia programu Yellowbird, wycofał się z akcji. Stało się tak, gdy stracił czterech swoich współpracowników. Dwóch z nich wpadło w ręce chińskich władz. Obiecał wtedy komunistom, że wycofa się z misji, gdy wrócą wolność jego współpracownikom.

Operacja Yellowbird trwała od czerwca 1989 r. do roku 1997.

(rc/ac/facet.wp.pl)

d1ljw6e
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1ljw6e
d1ljw6e