Założenie projektu było proste - pocisk musiał mieć na tyle duży zasięg i moc rażenia, że w razie ataku nuklearnego Sowietów na Stany Zjednoczone i zniszczenia większości strategicznych amerykańskich obiektów militarnych, zaledwie kilka pocisków jest w stanie dokonać równie wielkiego spustoszenia na terytorium Związku Radzieckiego. By uchronić pociski przed ewentualnym zniszczeniem myślano nawet nad specjalnym podziemnym systemem linii kolejowych i bunkrów odpornych na skutki ataku nuklearnego. Ostatecznie rozwiązaniem zastosowanym w przypadku "Peacekeepera" był tzw. zimny start, który nie wymagał stacjonowania pocisku na zagrożonym atakiem statycznym silosie. Dzięki temu pociski mogły być składowane w dowolnym miejscu, bądź pozostawać w ruchu (np. w wagonach kolejowych), co utrudniało identyfikację ich lokalizacji i zniszczenie.