Trwa ładowanie...
d2n0y2w
Forma

Najcięższy i najdłuższy bieg w Polsce - okiem Marka Wikiery

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Najcięższy i najdłuższy bieg w Polsce - okiem Marka Wikiery
(info.prasowa/Instytut Ananda House)
d2n0y2w

Najcięższy i najdłuższy bieg w Polsce…okiem Marka Wikiery 55 godzin 24 minuty i 7 sekund tyle trwał dla mnie Beskidy Ultra Trail (w skrócie nazywany BUT). Biegłem non stop. Nie zatrzymywałem się na nocleg. To już mój trzeci ultra maraton w tym roku.

Na BUT’a natrafiłem zupełnie przypadkiem kiedy po zakończeniu Maratonu Piasków na Saharze i rodzimej Transjury szukałem kolejnych wyzwań biegowych Pomyślałem, że będzie on symbolicznym zamknięciem sezonu, a jednocześnie swego rodzaju treningiem przed startem w przyszłym roku w 4 ultra maratonach po 4 pustyniach świata: Saharze, Gobi, Atakamie i Antarktydzie. Zaintrygował mnie… przedstawiany jako najdłuższy (220 km) i najcięższy (+11000/-11000 przewyższeń) ultramaraton w Polsce. Świetne miejsce, ciekawa trasa, organizatorzy z doświadczenie biegowym, a do tego możliwość zdobycia 4pkt do UTMB.
To coś dla mnie – pomyślałem.
I rzeczywiście zapisze się z różnych przyczyn z pewnością na długo w mej pamięci a przy tym pewnie jeszcze jakiś czas będę odczuwał jego bolesne skutki w postaci kontuzji kolana.

Do Bielska Białej, gdzie zaczynał i kończył się bieg, dotarłem już w czwartek około godziny 18. Zarejestrowałem się w Biurze zawodów w Hotelu Dębowiec, odebrałem pakiet startowy, po czym udałem się na kontrolę obowiązkowego wyposażenia. Kilkuosobowa komisja z Pokojowego patrolu sprawdzała cały niezbędny ekwipunek i rzetelnie odhaczała poszczególne pozycje z listy. Dla nas, liczących każdy gram, lista ta nie była krótka: telefon, dowód osobisty, folia NRC, dwie latarki, dwa komplety zapasowych baterii, gwizdek, kubek wielorazowy, plecak, bidony, buty trailowe, długie getry, kurtka przeciwdeszczowa i przeciwwiatrowa z kapturem, bluza z długim rękawem, rękawiczki, czapka i zapas jedzenia wystarczający pomiędzy punktami kontrolnymi… o większym zapasie jedzenia mieliśmy nie myśleć, gdyż organizatorzy zapewniali, że znajdziemy go na punktach kontrolnych. Tu chylę czoła przed wymaganiami organizatorów. Wyposażenie było naprawdę niezbędne.
Do obowiązkowego ekwipunku oczywiście dorzuciłem swoje. Teraz już po fakcie mogę stwierdzić, że byłem dobrze przygotowany. Doświadczenia z innych startów okazały się bezcenne.

d2n0y2w

Stop, stop! Rozpędziłem się w samo zachwycie. Nie przewidziałem, że mogę potrzebować kompasu i mapy. Ale o tym później…

Krótkie spojrzenie do pakietu startowego: numer z chipami, plan trasy wyznaczony przez oznakowania szlaków i mapa wysokości, reklamówki. Zamiast szumnie zapowiadanej super koszulki zwykły t-shirt i do tego krzywo zadrukowany. Wtedy nie wiedziałem że to zwiastun przyszłych wydarzeń…

Po 20:00 rozpoczęła się odprawa. Michał Kołodziejczyk, inicjator i główny organizator BUT’a, usiłował powiedzieć nam na co się porywamy. Mówił ogólnie o górach, trasie, pogodzie, wyżywieniu… Byłem zaskoczony, że szczegółowo nie omawia trasy, nie informuje na co zwrócić szczególną uwagę, gdzie są zagrożenia itd. Do dzisiaj widzę go chodzącego po sali i mówiącego do siebie: „Co by wam tu jeszcze powiedzieć? Co by wam tu jeszcze powiedzieć?”
Spoglądając na miny współbiegaczy dostrzegałem dziwne grymasy kiedy się okazało, że prowadzący nie miał wiedzy na temat zamknięcia części szlaku z powodu powstałego tydzień wcześniej osuwiska i starał się wybrnąć z tego bagatelizując problem. Na domiar tego Pan miał dość czarny humor i chcąc rozbawić nas zażartował, że są bardzo dobrze ubezpieczeni…

Następnego dnia, w piątek, obudziłem się raniutko o 6 i popędziłam na śniadanie, które miało okazać się jedynym tak obfitym posiłkiem na najbliższe 55 godzin. Ze smakiem wciągnąłem sobie 3 bułeczki z serem i dżemem. Wędlinki sobie odmówiłem, gdyż mój organizm źle ją znosi w biegu.

d2n0y2w

Wystartowaliśmy punktualnie 8:00. 75 osób, łącznie dla dystansu 150 i 220 km, rozpoczęło walkę z przepięknymi, acz groźnymi a momentami nieprzyjaznymi Beskidami.

Już początek trasy zapowiadał ciężkie wyzwanie – podbieg na Szyndzielnię. Z drugiej jednak strony cieszyłem się tym podbiegiem. Było zimno (5ºC) więc taka rozgrzewka tylko pomogła.

Po pierwszych 30 km okazało się z czym będziemy mieli największą trudność w czasie biegu i niestety nie były to warunki, ani ciężki teren. Instrukcja informowała nas, że po Skrzycznym przez pewien odcinek nie biegniemy po szlaku tylko zgodnie z oznaczeniami. To znaczy „na srebrne, odblaskowe” taśmy. I tu zaskoczenie: na długich odcinkach brak taśm, na innych wskazują zły kierunek, do tego są co najmniej ich dwa rodzaje, i są niewidoczne!
Na punkcie w Ostrej słyszymy, że Maciek Więcek (lider) był tu kilka minut wcześniej! I to nie dlatego, że ja byłem tak dobry, tylko on także zgubił trasę. W tym miejscu jak się później okazało mieliśmy przyjemność jeść ostatni makaron z sosem pomidorowym. Na tych pierwszych kilometrach poznałem również mojego partnera „niedoli” Jacka Bastiana, z którym pokonaliśmy większość dystansu. Jacek też pochodzi z Trójmiasta. Też biega ultra. I nie znaliśmy się. Jaki ten świat mały.

Po 45km doganiamy Krzyśka Niemca numer startowy 51,pochodzącego z Żywca. W trójkę razem walczymy do 93 kilometra. Dzięki niemu nie gubimy się za Baranią Górą przy nieoznaczonym skręcie na czarny szlak. Sporo zyskujemy na tym braku pomyłki. Jednocześnie współczujemy kolegom za nami, którzy już po zmroku będą szukać trasy. Krzysiek, przeprowadził nas też cało przez terytorium jedynego niedźwiedzia zamieszkującego nasze polskie Beskidy… na całe szczęście nie mieliśmy przyjemności spotkania się oko w oko.

d2n0y2w

Kiedy byliśmy już niedaleko punktu kontrolnego Węgierska Górka (61km) dostałem smsa od żony: „Nie mają nic do jedzenia tutaj. Skończyło się. Kupić ci coś?”. Nie odpowiedziałem. Ta wiadomość mocno mnie przybiła…
Z trudem docieramy do amfiteatru, gdzie miał być ten punkt kontrolny. Słynne taśmy odblaskowe pojawiają się niestety dopiero ok. 1 kilometra przed samym punktem. Na domiar tego na miejscu okazuje się, że zamiast zapowiadanych w rozpisce: bananów, ciastek, bułek (dżem/ser/kiełbasa) są tylko suche bułki, zorganizowane przez kogoś w ostatniej chwili...ciężko było powstrzymać negatywne emocje…
Jest bardzo zimno. Ubieram długie getry, rękawiczki i kurtkę. Już nie zastanawiam się czy dobrze zrobiłem zabierając ją .
Krzysiek rezygnuje… Szkoda… Dostajemy w spadku mapę
Z Węgierskiej ruszamy jednak we trzech. Dołączył do nas Wojtek Badura. Jakiś kilometr od punktu spotykamy 4 biegaczy. Pytają nerwowo: „Gdzie jest ten cholerny punkt?” Jak wielu innych nie znaleźli oznakowań. A już wcześniej zgubili się. Używają wyrazów powszechnie uznanych za obraźliwe i wulgarne… chyba każdemu zaczęły puszczać nerwy. Zrobiło się ciemno.

00:04 docieramy na Halę Rysianka. Czuję już zmęczenie. Nie pamiętam ostatniego odcinka… Ciepło w schronisku i widok drzemiących kolegów nie wpływa mobilizująco. Pijemy ciepłą herbatkę. Coś podjadamy z zapasów. Jest kłopot. Nie możemy uzupełnić wody ani izo ponieważ… organizatorom zabrakło wody. Nie udało nam się powstrzymać gniewu, uwag i kąśliwych komentarzy. Niestety słuchali tego bogu ducha winni patrolowcy. Widząc chyba nasze rozgoryczenie koleżanka z Pokojowego patrolu budzi kierownika schroniska i ten przynosi wodę.

Ruszamy dalej. Do następnego punktu kontrolnego mamy 16 kilometrów. Cały ten czas staramy się przekonać Wojtka, żeby zaatakował z nami 220 km. W Korbielowie trasy 150 i 220 rozchodzą się i potrzebna jest decyzja.

93 kilometr. Korbielów. Przepak 1.
Miły Pan od sczytywania czasów wskazuje nam gdzie znajdują się worki i proponuje drzemkę, na karimatach, bez śpiworów, w zimnym pomieszczeniu. Stanowczo dziękujemy.

d2n0y2w

Zabieram swój worek i z przyjemnością przebieram się w świeżą odzież i skarpetki. Zapach płynu do płukania sprawia dużą przyjemność.
Idziemy do pobliskiego zajazdu Smrek gdzie dostajemy puree z ziemniaków i ciepłą herbatkę. Tu odpoczywamy trochę dłużej. Na ławkach śpią inni biegacze.
Żegnamy Wojtka. Zdecydował się na trasę 150. A Trójmiasto Team rusza dalej. Wychodzimy z zajazdu. Zgodnie z rozpiską szukamy oznaczeń żółtego szlaku i dajemy… Po ok. 2 kilometrach szlak się urywa. Wracamy do zajazdu i tu się dowiadujemy, że trasa jest vis a vis zajazdu, dokładnie po drugiej stronie ulicy. Ale gdzie jest słynna super taśma?

Tu mam dziurę w pamięci. Pierwsza noc za nami.
Pojawia się jednak problem. W tempie w jakim napieramy możemy nie zdążyć przed limitem czasu (33 godz) w Zawoi. Obliczam to w myślach kilkukrotnie. I faktycznie wychodzi na styk.
Adrenalina skacze. Przyspieszam. Zachęcam Jacka. Ale Jacek w tym czasie zalicza mega kryzys. Karze mi biec samemu. Przez pewien czas jeszcze go widzę między drzewami…
v Po drodze spotykam turystę, który mnie „motywuje” mówiąc że do schroniska jeszcze spory kawałek i że na Babiej w nocy było minus 8.

Wreszcie schronisko - Markowe Szczawiny - 112 kilometr.
Zatrzymuje się tylko na chwilę. Uzupełniam wodę i colę do bidonów. Dwa łyki herbaty. Bułka do kieszeni. I dalej. Przede mną najtrudniejszy moment Babia Góra, 1725 m npm. Wspinaczka na Babią jest wykańczająca. Ponoć nie wieje tak bardzo jak by mogło. Co za ulga… W dole, za mną, co pewien czas widzę Jacka. Super. Daje radę.

Wreszcie szczyt. Tu pierwszy raz ktoś nas liczy. Podaję numer startowy. I bez zatrzymywania biegnę w dół.

d2n0y2w

Po pewnym czasie spotykam Rafała Kasztelanic nr 037. Od tego momentu zbiegamy wspólnie aż do Przełęczy Krowiaki na 120km. Na tym zbiegu dopatruje się początków kontuzji prawego kolana.

Sprawdzam czas. Jest ok. Sporo udało się nadrobić. Teraz tylko 10 km i Zawoja. Ruszamy z Kiczorki zgodnie z rozpiską: szlak żółty, niebieski, zielony i… zamiast w Zawoi Centrum lądujemy 2,5km dalej. Później dowiemy się od organizatora, że w instrukcji są pomyłki w kolorach szlaków. Ale na tym nie koniec niespodzianek. Moja żona zadzwoniła i powiedziała mi, że punkt kontrolny z Zawoi Centrum, w czasie trwania biegu, został przeniesiony do Zawoi Dolnej. To jakieś dodatkowe 4,5km. Ktoś miał nas o tym poinformować na górze. Ale nie poinformował!!!

W Zawoi dogania nas Jacek. Bardzo się cieszę. 130 km za nami.
Ruszamy dalej żółtym szlakiem – Przełęcz Kalendówki, Przełęcz Przysłop, Stryszawa i … koniec szlaku. Dokładnie znak końca szlaku. Szukamy taśm srebrno odblaskowych i … nic. Nie ma. W taki razie ruszamy w kierunku Krzeszowa asfaltem. I tu niespodzianka zatrzymuje się samochód i kierowca oferuje nam podwiezienie oraz zachowanie tego faktu w ścisłej tajemnicy… Oczywiście odmawiamy.
Po kilku kilometrach cud. Odnajdujemy super taśmy.

Krzeszów, godz. 21:03. Przepak 2. 150 kilometr
Dostaje smsa od żony: „Biegnie was już tylko 38. Reszta nie zmieściła się w międzyczasach lub zrezygnowała”. Jestem zmęczony, ale czuję się dobrze.
Jem podwójne puree z ziemniaków i batonik. Popijam ciepłą herbatką, która sprawia mi niespotykaną przyjemność… Tu też odpoczywamy dłużej.
Z przepaku zabieram tylko orzeszki z rodzynkami.
Niespodziewanie w strażnicy OSP spotykamy Michała Kołodziejczyka super organizatora. Jakoś nie palimy się do rozmowy. Michał opowiada o problemach i kłopotach organizacyjnych (znajdziecie to w oficjalnym oświadczeniu). Jednak przestaje go traktować poważnie kiedy na pytanie o oznakowanie najbliższej trasy odpowiada: „Nie wiem, nie ja znakowałem”.
Nie widziałem obiecanego w tym miejscu lekarza.

d2n0y2w

Ruszamy dalej bez spania.
Zmęczenie narasta. Groń Jana Pawła II, Łamana Skała, Przełęcz Kocierz – tego odcinka nie pamiętam, gdyż…. spałem. Idąc spałem. W głowie mam tylko dwa obrazy:
1. Odgłosy ryczenia… Wiem, że to jelenie, ale w nocy, w środku lasu to robi niesamowite wrażenie.
2. Zaliczam największy kryzys. Uczucie potężnego zmęczenia i potrzeba snu. Gdyby jakaś miejscowość była bliżej trasy, to nie wiem czy bym się wówczas nie wycofał…
„Zmęczenie materiału” dopadło nawet ustniki w bidonach. Zakończyły swój żywot i napoje wylewały się przy każdym schylaniu i podczas biegu. Może nie strumieniem, ale mocno kapało. Bidony miałem przyczepione z przodu na ramiączkach od plecaka. Komiczne było gdy nic nie wiedząc nalałem do nich coli, pod wpływem gazu cola sikała na pół metra przede mną.

Druga nieprzespana noc zdawała się nie mieć końca. Zmysły płatały figla. Przedmioty zlewały się w jedną całość lub tworzyły w znajome kształty. Widzieliśmy oznaczenia szlaków których nie było, albo odblaskowe taśmy – ale tych na pewno nie było.

Ciężko było odróżnić jawę od snu.

Godz. 2:51, 175km. Biała, albo czarna plama w pamięci…

Nad ranem pojawiła się gęsta mgła. Światło czołówki trafia na białą, mleczną ścianę. Widoczność mocno ograniczona. Wziąłem więc drugą, zapasową czołówkę do ręki i świeciłem pod nogi. Działało.

Idę „na szpicy”, pozostali za mną. Później opowiadali, że „spali” kierując się tylko na odblaski, które miałem na nogach.

Kolejny wschód słońca. Brak słów by opisać ten widok. Przepiękny, malowniczy krajobraz i promienie przedzierające się przez nieboskłon…

190 km. Zapora Porąbka.
Pamiętam tylko, że była…
Dalej podejście na Chrobaczą Łąkę. Tu mam drugi kryzys. Wydawało mi się, że Rafał narzucił mordercze tempo. Pod jego adresem w moich myślach kieruję najgorsze przekleństwa… o mały włos nie udusiłem go myślami.

195 km. Schronisko Chrobacza Łąka.
Sms do żony: „Ledwo żyję. Wg rozpiski 195km. Wg gps Jacka 240km”. Potworne zmęczenie. Planujemy dłuższy odpoczynek i półgodziny snu.
Drugi raz na przestrzeni całego biegu spisują nasze numery. Wymyka mi się kąśliwa uwaga do patrolowca. Powstrzymuję jednak wybuch złości, przecież to nie oni są organizatorami. Dziękuję im więc za poświecenie i cierpliwość.
W schronisku jem jajeczniczkę. Co za transcendentne przeżycie… i jak pozytywnie na nas działa. Jeszcze ciepła herbatka i budzi się we mnie supermen. Z Jackiem decydujemy, że rezygnujemy ze snu i napieramy dalej. W końcu to „tylko” 25km. Nie pomyśleliśmy jednak, że w takich warunkach jest to mimo wszystko kilka godzin.
Rafał zostaje.

Gaiki, Przełęcz Przegibek – kolejna biała plama, nic nie pamiętam.
Magurka Wilkowicka (202km) – mamy napierać zielonym szlakiem, ale inny kierunek wskazują srebrne super taśmy. Ok., zgodnie z informacją z odprawy taśmy są w miejscach gdzie nie ma szlaku. Tu szlak jest wyraźnie oznakowany - więc szlakiem. Jak się później okazało to był błąd, który kosztował nas dodatkowe kilometry.
Zresztą nie tylko nas, ale i kilku innych biegaczy.
Od tego momentu walczymy wspólnie z Rafałem. Jacek został z tyłu.

Docieramy do miejscowości Bystra. Szukamy punktu. Z planu trasy wynika, że mamy biec poza szlakiem. Więc wypatrujemy super taśm. Jak zwykle brak…
Dzwonię do organizatora. Dowiaduję się, że mam szukać zielonego budynku szkoły i kościoła naprzeciwko. Jest, zielony budynek i szkoła, ale jak się okazuje to nie ten. Dzwonię do organizatora. Od wejścia do Bystrej mam dojść do świateł i w prawo. I tam szukać. Szukam, szukam i nic. Nie ma.
Dzwonię ponownie do organizatora. Zastanawia się. Mówi, że punkt jest jakieś 1,5km od świateł.
Zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć to w czasie pierwszej rozmowy telefonicznej. A jeszcze prościej w planie trasy podać nazwę ulicy i numer pod którym mieści się ów magiczny punkt?
To już ostatni punkt odżywczy. Wyposażony zgodnie z rozpiską. Przemiła ekipa.

Jeszcze tylko 14km.

Podejście na Szyndzielnie zdawało się nie mieć końca. Po drodze miałem dziwne odczucie, a może to były halucynacje, że już kiedyś tu byłem… to odczucie pojawiło się kilka razy na trasie. Do dzisiaj nie wiem czy te miejsca były do siebie tak podobne, czy mi wszystko zlewało się w jedną całość, czy może rzeczywiście kręciłem się w kółko… Rafał kolejny raz narzuca mordercze tempo podejścia. Nie odpuszczam.
Na górze spotykamy odpoczywających kolegów. My jednak się nie zatrzymujemy i od razu ruszamy w dół.

Zejście się dłużyło, ale adrenalina robiła swoje. Pojawił się nagły zastrzyk energii. Zacząłem truchtać. Czułem, że mógłbym biec. Postanowiłem jednak, że metę pokonamy wspólnie z Rafałem.

Z Szyndzielni (215km) wysyłam do żony ostatniego smsa: „Jeszcze z 20 min”, którym na początku wprawiam ją w osłupienie i podziw (5 km w 20 min…), a później raczej potwierdzam niewłaściwą pracę mózgu 

META
55 godzin 24 minuty i 7 sekund. Zrobiłem to. Dałem radę!!!

Na mecie witają mnie syn i żona. Cudowne uczucie.
Ratowników medycznych proszę o kroplówkę… z piwa… bezskutecznie.

Sprawdzam czas. Czekam na symboliczne zamkniecie biegu w postaci medalu, a tu nic… Medali też zabrakło? Nie, w ogóle nie dojechały. Zacytowałem klasyka: „K…a mać”.

Dziś, już prawie dwa tygodnie po starcie emocje już trochę opadły. Przeczytałem Oświadczenie organizatorów i na chłodno je przeanalizowałem. Dla mnie wydźwięk jest jednoznaczny. Ja organizator zrobiłem wszystko dobrze. Super zaplanowałem i wymyśliłem. Posypało się bo ludzie zawiedli.
Dla mnie jednak to nie ludzie zawiedli. Zabrakło dobrego managera.

Aby śledzić dalsze losy Marka Wikiery i jego przygotowania do projektu 4pustynie zapraszamy do polubienia strony na Facebooku: Wybiegaj Marzenia, gdzie na bieżąco przekazywane są wszelkie informacje.

d2n0y2w

Podziel się opinią

Share
d2n0y2w
d2n0y2w