Trwa ładowanie...
Piotr Lisek: Skoki o tyczce to nieustająca zabawa
Źródło: Materiały prasowe
Materiał powstał we współpracy z marką PUMA.

Piotr Lisek: Skoki o tyczce to nieustająca zabawa

Głowa to 90 proc. tego, co robimy. Często nasze ciało pozwala nam na więcej, ale zawierzyć sobie i swoim umiejętnościom jest bardzo trudno. Chwila dekoncentracji, popełnisz minimalny błąd i lądujesz ze strąconą poprzeczką – mówi rekordzista Polski w skoku o tyczce i nasza wielka nadzieja na medal, Piotr Lisek, ambasador marki PUMA.

Share

Jako jedyny polski skoczek o tyczce w historii pokonał magiczną barierę 6 m. Jego aktualny rekord to 6,02 m osiągnięte w 2019 roku podczas mityngu w Monako. W swoim dorobku ma medale z niemal wszystkich najważniejszych imprez. Pięć lat temu w Rio de Janeiro zajął najgorsze dla sportowca miejsce, był czwarty. Teraz z wielkimi nadziejami czeka na konkurs w Tokio.

Maciej Sierpień: Twoim rozpoznawalnym znakiem przed każdym skokiem jest głośny okrzyk. Ile razy usłyszymy go w najbliższym czasie?

Piotr Lisek: Oby jak najwięcej. Mogę nawet policzyć. 5,50, 5,60, 5,70 m, a więc mamy trzy okrzyki. Na 5,80 m zrobię może jedną zrzutkę, czyli już jest pięć. Na 5,90 też może być jedna, czyli jest siedem. Dobrze zatem będzie, jeśli tych moich okrzyków będzie około dwunastu, bo to będzie oznaczało, że walczę do końca.

deabzdu

Szykujesz się na długie zawody?

Zdecydowanie tak. Wyzwaniem będą już same eliminacje. Chętnych do awansu do finału będzie bardzo wielu, a miejsc w konkursie głównym tylko dziesięć, więc spodziewam się niezwykle zaciętej walki. Uważam, że minimum, które zapewni tzw. duże Q, będzie wysokie. Nie ma jednak wyjścia i trzeba będzie skoczyć.

Jaką wysokość może dać medal?

Pewnie 5,90–5,95 m. W każdym razie niech kibice szykują się na długi konkurs (śmiech).

Mówi się, że rywalizacja będzie toczyła się tylko o srebrny medal, bo Armand Duplantis jest poza zasięgiem. Jest w ogóle szansa na przeskoczenie Szweda?

Gdybyśmy rozdawali medale przed zawodami, to nie byłoby żadnych emocji. Każdy konkurs rządzi się swoimi prawami, ma osobną historię. Ale oczywiście realnie patrząc, Mundo jest głównym faworytem do złota. To nie podlega dyskusji.

W czym tkwi tajemnica jego sukcesu?

On nie jest człowiekiem (śmiech). Przyleciał z innej planety, powiedział: "Proszę, oto mój statek kosmiczny, wsiadajcie i lećcie ze mną". A tak zupełnie serio, ma ogromne predyspozycje do tej dyscypliny. Jest piekielnie szybki na rozbiegu. Myślę, że gdyby potrenował trochę, to mógłby spokojnie stawać w szranki ze sprinterami. Jest również bardzo dobrze poukładany technicznie. Jeśli obserwuje się go w mediach społecznościowych, można zauważyć, że skacze od trzeciego czy czwartego roku życia, od małego ojciec zabierał go na skocznię. To są atuty, które każdy z nas chciałby mieć, a on ma wszystkie. Mundo jest sportowcem kompletnym.

Co chciałbyś wziąć od Duplantisa dla siebie?

Fryzurę! On zawsze jest tak ładnie uczesany, a ja zawsze mam problem z włosami na zawodach (śmiech). A poza tym, to na pewno tę prędkość na rozbiegu. Gdybym z moimi warunkami fizycznymi biegał tak szybko, na pewno skakałbym jeszcze wyżej. Ale tak naprawdę jesteśmy dwoma zupełnie różnymi typami zawodników. Mundo jest o 20 cm niższy ode mnie i pewnie o tyle samo kilo lżejszy. Bo skok o tyczce jest taką konkurencją, w której wszyscy mogą się sprawdzić. Wysocy, niscy, szczupli i tacy jak ja – mocniej zbudowani. To bardzo wymierna dyscyplina, w której nie ma not od sędziów za styl. Sprawa jest prosta. Przeskoczyłeś najwyżej – wygrywasz. Nie przeskoczyłeś – przegrywasz.

deabzdu

Świadomość walki z tak wybitnym rywalem motywuje do jeszcze większej pracy?

Przez to, że Mundo zabrał nas na swój statek, poziom naszej dyscypliny poszybował na zupełnie inny level. Wyniki, które jeszcze do niedawna dawały medale, dziś już ich nie zapewniają. Paweł Wojciechowski mistrzostwo świata w 2011 roku zdobył skokiem na 5,90 m, ja w 2018 roku na mistrzostwach Europy w Berlinie z takim wynikiem byłem czwarty. Ale to nie tylko zasługa Armanda Duplantisa, ale także Sama Kendricksa czy Renauda Lavillenie’ego.

Medialność skoku o tyczce wzrasta adekwatnie do wysokości podnoszonej poprzeczki.

Mamy to szczęście, że w Polsce zawsze dużo mówiło się o skoku o tyczce. To dyscyplina z dużymi tradycjami w naszym kraju. Cieszę się, że ja, Paweł Wojciechowski i reszta chłopaków możemy pisać kolejne rozdziały tej historii. Oczywiście często pojawiają się pytania kibiców czy dziennikarzy, kiedy pęknie kolejna "szóstka". Wszyscy oczywiście byśmy bardzo chcieli, ale gdyby to było takie łatwe, to na świecie byłoby zdecydowanie więcej zawodników, którzy pokonali tę barierę.

Źródło: Materiały prasowe

Na krajowym podwórku masz dodatkowo stałą motywację właśnie w postaci rywalizacji z Pawłem Wojciechowskim.

I bardzo się z tego cieszę. Kilka lat temu był tylko Paweł, a dopiero dużo dalej Robert Sobera i Piotr Lisek. W końcu zaczęliśmy jednak podgryzać Pawła, następnie doszlusowaliśmy poziomem do niego, a potem już z każdymi zawodami poprzeczka szła tylko do góry. Wiem, że gdyby Paweł pozostał sam albo gdybym ja był sam, to Polacy nie skakaliby tak wysoko. Wszyscy bardzo się lubimy, ale na zawodach wzajemnie się nakręcamy i ostro rywalizujemy.

Wiosną zeszłego roku w trakcie całkowitego zamrożenie sportu furorę zrobiła zbudowana przez ciebie skocznia z 45-metrowym rozbiegiem ustawiona w ogrodzie u Twoich rodziców.

Odkąd Renaud Lavillenie pokazał, że u siebie w ogrodzie można mieć profesjonalną skocznię, zacząłem o takiej marzyć. I udało się. Trzeba wiedzieć o jednym – my, skoczkowie o tyczce przede wszystkim bawimy się tą dyscypliną. Tu nie ma takiego żmudnego treningu, o którym człowiek na samą myśl o jego monotonii się krzywi. U nas praktycznie każdego dnia możemy wymyślić inny zestaw ćwiczeń, bo nasze ciało musi być bardzo elastyczne i wytrenowane pod wieloma względami. Posiadanie własnej skoczni w ogrodzie tylko zwiększa tę zabawę. Jadę na obiad do mamy, poleżę chwilę na kanapie, a potem pójdę sobie poskakać (śmiech). Przecież to jest piękne!

deabzdu

Cały czas z niej korzystasz?

Oczywiście, jutro jadę poskakać! Mimo że w klubie w Szczecinie mam świetne warunki, to lubię potrenować na swojej skoczni w Dusznikach. Zresztą możemy wtedy z żoną połączyć przyjemne z pożytecznymi, czyli ja zrobię trening i wspólnie odwiedzimy moich rodziców.

Wielu kolegów po fachu pewnie zazdrościło Ci takiego komfortu treningu w tamtym czasie?

Może nie zazdrościli, ale dostałem mnóstwo wiadomości od chłopaków z pochwałami i słowami uznania.

To prawda, że na tej skoczni mógłbyś zorganizować nawet profesjonalne zawody, bo posiada odpowiednie certyfikaty?

Powiedziałem mojej mamie, że jeśli już ją budujemy, to zróbmy na bogato, aby w przyszłości można było zrobić tam konkurs z prawdziwego zdarzenia. I teoretycznie można na niej zorganizować nawet mistrzostwa świata. Oczywiście nigdy do tego nie dojdzie, ale taki cykliczny mityng "Lisek w domu", dlaczego nie?

Źródło: Materiały prasowe

Ile wynosi aktualny rekord skoczni?

5,70 m, więc na razie nie jest szczególnie wyśrubowany. Mam co poprawiać, ale na usprawiedliwianie powiem, że wciąż niewiele skoków na niej oddałem. Gdy sport został w końcu odmrożony, znów praktycznie cały czas jestem poza domem.

A propos, dla sportowca, który w trakcie roku ponad 300 dni spędza na wyjazdach, takie kilkutygodniowe całkowite zamknięcie było pewnie jeszcze trudniejsze do zniesienie niż dla "normalnych" ludzi?

Na początku na pewno była chwila oddechu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przez tyle dni z rzędu byłem w domu. Ale to chyba jedna z niewielu pozytywnych rzeczy, które wyniosłem z pandemii. Z drugiej strony, zderzyłem się z całkowicie nową dla siebie rzeczywistością. Tak naprawdę dopiero wtedy dotarliśmy się z żoną. W naszym domu pojawił się nowy domownik i nie mam tu na myśli naszej córeczki, ale… mnie (śmiech). Śmieję się, że moja Ola ma teraz dwoje dzieci do wychowywania.

deabzdu

Utarło się stwierdzenie, że u skoczków narciarskich narodziny dziecka pozytywnie wpływają na ich karierę. Masz wiedzę, czy u skoczków o tyczce jest podobnie?

Mam zbyt małą grupę badawczą, bo z tego co wiem, wśród polskich skoczków tylko ja mam potomstwo. Cieszę się, że z Olą nie przegapiliśmy tego momentu, bo zakładanie rodziny jest bardzo ważne dla sportowca. Nie wyobrażam sobie obudzić się po karierze i być samemu.

Rodzina dodaje Ci najwięcej sił?

Bez dwóch zdań, choć bycie rodzicem i zawodowym sportowcem nie jest łatwe. Nie chcę wyjść na męczennika, ale trzeba widzieć, że my, sportowcy, praktycznie cały czas jesteśmy zmęczeni. A jak człowiek jest stale zmęczony, to w kółko marudzi. Jak wracam do domu, to z jednej strony chcę poświęcić się rodzinie, ale z drugiej najchętniej bym się położył spać. Może wielu tym stwierdzeniem rozczaruję, ale życie sportowca to wcale nie jest piękna instagramowa bajka.

Jeśli jesteśmy już przy skokach narciarskich, to tam od wielu lat trwa technologiczny wyścig zbrojeń. W Waszej dyscyplinie też można o nim mówić, np. przy doborze odpowiedniej tyczki?

Otóż nie. W naszym sporcie to jest wspaniałe, że nie mamy żadnej wojny technologicznej. Każdy może pójść do sklepu, kupić dostępną tyczkę i zacząć skakać. Dlatego raz jeszcze podkreślę, to jest najpiękniejsze w skoku o tyczce, że wszystko zależy tylko od tego, jak wysoko jesteś w stanie poszybować w górę.

Największe ograniczenia są w sferze psychiki?

Głowa to 90 proc. tego, co robimy. Często nasze ciało pozwala nam na więcej, ale zawierzyć sobie i swoim umiejętnościom jest bardzo trudno. Chwila dekoncentracji, popełnisz minimalny błąd i lądujesz ze strąconą poprzeczką.

W którym momencie wiesz, że to będzie dobry i udany skok?

Może zabrzmi to trochę zabawnie, ale już w momencie rozbiegu. To takie dziwne uczucie, bo jeszcze przecież nic nie zrobiłem, a wiem, że skok się uda. Atakując wysoko zawieszoną poprzeczkę, zdarzyło mi się to parę razy i życzę tego każdemu skoczkowi. To uczucie porównywalne z tymi najwspanialszymi, które mogą się człowiekowi przytrafić. Przy niższych wysokościach jest prościej, wkładasz tyczkę do dołka, robisz odwrót na plecy i gdy jesteś do góry nogami, wiesz, że to będzie udany skok. Energia włożona w załadowanie tyczki wraca do ciebie.

Źródło: Materiały prasowe

Jesteś, wspólnie z największymi gwiazdami światowego sportu, ambasadorem marki PUMA. To nie tylko gwarancja startów w najlepszej sportowej odzieży, ale pewnie też dodatkowa motywacja w postaci obecności w tak elitarnym gronie?

Dla mnie to ogromna nobilitacja. Bycie częścią rodziny PUMA to wielka sprawa. Gdy czasem spotykamy się w gronie światowych ambasadorów marki, zawsze jest okazja wymienić się swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami na wiele spraw związanych ze sportem. I to nie tylko z lekkoatletami, ale też wybitnymi piłkarzami. Mieć takiego sponsora to dla mnie ogromne wsparcie.

deabzdu

Hasło kampanii marki PUMA mówi "Only See Great". Co jest według ciebie najważniejsze w drodze na szczyt?

Życie sportowca przypomina wielką górę. Ludzie często widzą tylko jej szczyt, czyli ułamek tego, ile trzeba przejść, by się na nim znaleźć. Tymczasem droga, która do niego wiedzie, oznacza przede wszystkim cierpienie i masę wyrzeczeń. Nie pokazujemy tego na co dzień, bo kibice chcą widzieć sukces, medale i zwycięstwa. Ale trzeba wiedzieć, że aby znaleźć się na igrzyskach, naprawdę trzeba pokonać długą i krętą drogę.

Czego zatem Ci życzyć przed startem w Japonii?

Odpowiedziałbym, że połamania tyczki, ale to nie brzmi dobrze (śmiech). A zatem wystarczy życzyć mi dobrych skoków. Nie medalu, nie zwycięstwa, ale po prostu dobrych skoków. Jak one będą, to wszystko inne też przyjdzie.

A zatem dobrych skoków, Piotrek!

Dziękuję i trzymajcie kciuki!

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
Materiał powstał we współpracy z marką PUMA.

Podziel się opinią

Share