Trwa ładowanie...
Warszawa, 21.05.2014. Tomasz Wasilewski, reżyser. Fot. Rafał Guz
Warszawa, 21.05.2014. Tomasz Wasilewski, reżyser. Fot. Rafał GuzŹródło: Rafał Guz
Ludzie

Tomasz WasilewskiPo pokazach moich filmów widzowie odczuwają pozytywny dyskomfort

Kinowy rok 2016 jak na razie należy do niego. Za scenariusz „Zjednoczonych Stanów Miłości” dostał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia. Na kilku innych festiwalach wyreżyserowany przez niego film albo dostawał nagrody, albo był znakomicie przyjmowany. We wrześniu powalczy o Złote Lwy w Gdyni. Teraz trafia do kin, a nam Wasilewski opowiada o wagarach na Wisłą, trudnych początkach w Warszawie, tacie pilocie, pornografii, kilku obsesjach i genialnej babce, jaką okazała się Meryl Streep.
Share

- Twój film został już doceniony, ale docenimy też sam tytuł. Moim zdaniem świetny. Również w innych wersjach językowych. Na przykład „United States of Love”.
- Wymyślił go Tomek Tyndyk. Kiedy piszę scenariusz i montuję film, pokazuję różnym osobom pewne fragmenty i słucham opinii. Jestem ciekaw tego, co widzą, bo w pewnym momencie tracę już dystans. Tomkowi opowiedziałem też o emocjach, których tym razem chcę szukać, a on na to od razu - „zjednoczone stany miłości”. I trafia w punkt.
- Ile prawdziwych historii jest w tym filmie?
- Prawdziwych historii nie ma, to bardziej moje fantazje na temat ludzi, których kiedyś spotkałem. Prawdziwe są pewne detale. Kasetę video z Berlina, którą ogląda jedna z bohaterek, mój ojciec przysłał do nas kiedyś ze Stanów.
- Na tej kasecie pojawia się w pewnym momencie porno...
- To akurat wymyśliłem (śmiech). Kiedy mama zobaczyła ten fragment filmu, zbladła. Bała się, że ludzie pomyślą, że ojciec faktycznie przysyłał takie rzeczy do domu. Z drugiej strony internet do Polski jeszcze wtedy nie dotarł, a jakoś trzeba było sobie radzić, jeśli ktoś chciał mieć dostęp do pornografii. Tata mojej koleżanki Wioli miał gdzieś schowane dwie kasety video i wszyscy koledzy z bloku po nie do Wioli przychodzili. Marta Nieradkiewicz w filmie, czyli Marzena, to była wicemiss. W bloku obok mojego mieszkała najważniejsza osoba w Inowrocławiu, Agnieszka Pachałko, miss Polski i miss International. Chodziłem do osiedlowego domu kultury, do szkoły tańca - takie zajęcia też są w filmie. Odwiedzałem wypożyczalnie video, nawet jeśli nie miałem wtedy odtwarzacza, to przynajmniej oglądałem kasety i czytałem tytuły, a na ekranie również taka osiedlowa wypożyczalnia się pojawia. Odwiedza ją zresztą w poszukiwaniu filmów „dla dorosłych” bohater grany przez Andrzeja Chyrę.

- Miałeś zostać kiedyś tancerzem?
- Nie, po prostu to lubiłem. Chodziłem na różne zajęcia, na przykład na fotografię. To było dobre miejsce do spędzania wtedy czasu w Inowrocławiu.
- A skąd w twoim życiorysie Toruń jako miejsce urodzin?
- W Inowrocławiu w szpitalu panowała jakaś epidemia i moją rodzącą już mamę zawieziono do Torunia. Potem jeździłem tam na wagary. Największymi atrakcjami było Stare Miasto, Wisła, pierwszy McDonald's, a potem EMPiK z tymi wszystkimi książkami i filmami. Do dzisiaj świetnie to pamiętam.
- Od kiedy masz siedemnaście lat, możesz już wagarować w Warszawie, bo wyprowadzasz się z Inowrocławia.
- Jestem wtedy w liceum, ojciec kupuje mieszkanie w Warszawie i spełnia marzenie swojego życia. Zabiera mnie i moją siostrę do stolicy.

Źródło: Marcin Oliva Soto

- Duża zmiana dla chłopaka z Inowrocławia?
- Czułem się wyrwany ze swojego świata. Nie chciałem całego życia spędzić w Inowrocławiu, ale na pewno chciałem z przyjaciółmi skończyć liceum. W Warszawie czułem się sam, wsiadałem w autobus i jeździłem po mieście. Właściwie przestałem chodzić do szkoły, cały czas wagary.

- W Toruniu nad Wisłą, w Warszawie też?
- Wychodzi na to, że tylko to robiłem (śmiech). Odnalazłem się dopiero w czwartej klasie liceum, ale pierwszy rok w nowym miejscu był trudny. Teraz Warszawę kocham i w sumie była to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mi się przytrafiła, choć pewnie i tak bym w niej wylądował, tylko trochę później.
- Kino to twoja pasja od dzieciństwa. Pamiętasz pierwsze filmy, które wstrząsnęły Tomaszkiem Wasilewskim?
- Pierwszy świadomie obejrzany to „Olivier, Olivier” Agnieszki Holland z 1992 roku. Potem zacząłem zresztą szukać jej filmów i stała się dla mnie rodzajem drogi. Kiedy byłem w podstawówce i liceum, zawsze uważałem, że jeśli już być reżyserem, to takim jak Holland. I nawet nie chodzi o jej twórczość, tylko o to, że jest pewnym wzorem, ikoną. Bardzo dobrze pamiętam też film, którego nie mogłem obejrzeć, a kocham miłością czystą. Poszliśmy z siostrą na „Pożegnanie z Afryką” i z mojego powodu, bo byłem szczeniakiem, pani bileterka nie chciała wpuścić Kaśki ze mną na seans. Powiedziała, że jest tam scena z lwem i będę się bał (śmiech).
- Spotkałeś kiedyś Agnieszkę Holland i powiedziałeś jej o tym, co mówisz teraz?
- Spotkałem i było to dla mnie bardzo ważne, spełnienie pewnego marzenia. Czy powiedziałem? Nie pamiętam, ale kiedyś wspomniałem już o tym w wywiadzie. Natomiast my się po prostu znamy i lubimy.

- Holland lubi też twoje filmy, ale kiedy kilkanaście lat temu zdawałeś do łódzkiej filmówki na reżyserię, to jednak błyskawicznie z ciebie zrezygnowano. Dlaczego?
- Może nie dostrzegli mojego potencjału, a może nie potrafiłem go pokazać. Nie umiem zdawać egzaminów. Nie dostałem się też na scenariopisarstwo, do szkoły Wajdy zdawałem dwa razy bez powodzenia...
- Rodzice wpadali wtedy w panikę?
- Czuli, jak to jest dla mnie ważne, chociaż wiedziałem, że woleliby, żebym zdawał na dziennikarstwo. Bo to taki dobry zawód (śmiech). W końcu zrozumieli, że nie ma innej możliwości, bo to jest moja droga. Może dlatego, że mój ojciec wie, co to znaczy – spełnić marzenie. Pochodzi z małej wsi pod Łomżą, a od zawsze chciał latać śmigłowcem. Chłopiec, który wychował się na polu, przez Łomżę i szkołę stolarską ostatecznie dostał się do Dęblina i został pilotem. Od lat lata, latał chociażby z profesorem Religą i zrealizował swoje marzenie, nie wiem czy nie bardziej wymagające od mojego.
- To co powiesz tym, którzy koniecznie chcą robić filmy? Kończcie szkoły czy bądźcie zdeterminowani?
- Róbcie to, co dla was jest najlepsze. Bo oczywiście żałuję, że nie przeżyłem tych kilku lat na reżyserii, choć ostatecznie przeżyłem je na produkcji w Łodzi. O coś jestem może uboższy, ale myślę też, że nie można kogoś nauczyć bycia aktorem albo reżyserem. To jest czas, kiedy się dojrzewa, wymienia poglądy, poznaje różne rzeczy i jest to na pewno bardzo fajne. Moje doświadczenie jest jednak takie – nie trzeba skończyć reżyserii, żeby być reżyserem, choć zgadzam się, że potrzebna jest do tego wielka determinacja. Nawet po Srebrnym Niedźwiedziu.

- Wiele nagród dostała też wspomniana już Agnieszka Holland. Ma opinię osoby na planie bardzo dobrze wiedzącej, na czym jej zależy, ale też bardzo stanowczej, a niekiedy nawet odrobinę furiatki. Jesteś w pracy podobny do niej?
- Jestem reżyserem, który wie, czego chce. Rozmawiam i słucham, ale jeśli jestem do czegoś przekonany, to zawsze stawiam na swoim. Jaki jestem? Trzeba by zapytać aktorów i ekipę.
- Holland jest też osobą, która bardzo mocno zajmuje się polityką, szczególnie polską polityką.
- Jestem w tym przypadku jej całkowitym przeciwieństwem. Patrzę na to, co się dzieje, ale w ogóle nie potrzebuję bycia w przestrzeni medialnej, nie lubię tego. Wywiadów udzielam tylko w trakcie promocji, poza nią nigdzie się nie pojawiam. To, co mam do powiedzenia, mówię w kinie. A do komentowania, opowiadania o rzeczywistości w mediach trzeba mieć talent, który na pewno ma Agnieszka. Natomiast oczywiście widzę radykalizację nastrojów w Polsce i Europie, większą tolerancję na zachowania ksenofobiczne, homofobiczne, szykanowanie różnych mniejszości. Wszystko to jest niepokojące. Bardzo niepokojące.
- Temat dla ciebie na film?
- Raczej nie. Nawet jeśli w „Płynących wieżowcach” zajmuję się tak gorącym zagadnieniem w Polsce jak homoseksualizm, to i tak cały czas jestem skupiony na emocjach. W najnowszym filmie pojawia się przełom lat 80. i 90. - ale pozostaje tylko tłem. Unikam kontekstów politycznych nie z powodu jakiejkolwiek kalkulacji, po prostu ich nie czuję.

Źródło: Marcin Oliva Soto

- To wróćmy do tego, co czujesz na pewno. Na festiwalu w Berlinie spotykasz aktorkę z ukochanego „Pożegnania z Afryką”, Meryl Streep, i kogo właściwie spotykasz? Idolkę, bohaterkę dzieciństwa, wielką aktorkę?
- Przede wszystkim genialną babkę. Bez żadnego dystansu opowiadała mi o moim i innych filmach ze zwykłym, ludzkim przejęciem. Dla nas wszystkich, którzy byliśmy na Berlinale, to był jakiś odlot. Natomiast największą abstrakcją było jednak nie samo spotkanie, ale fakt, że mój film ogląda Meryl Streep (śmiech)! Bo jest to wybitna aktorka, twórca, artystka. Wybitna! Może nawet największa na świecie, choć ostatnio zajmują ją rzeczy bardziej komercyjne. Jeśli ktoś, kogo tak niebywale cenię, zobaczył mój film, to jest to dla mnie bardzo ważne.

- A „Pożegnanie z Afryką” obejrzałeś w końcu?
- Tak, ale mogę to robić nieskończoną ilość razy! I taki film chciałbym kiedyś zrobić, ale czuję, że nigdy nie zrobię (śmiech).
- Dlaczego? Twój każdy kolejny film jest lepszy od poprzedniego, masz dopiero 35 lat...
- Tylko ja zupełnie inaczej opowiadam i innych rzeczy dotykam. A „Pożegnanie ...” to film totalny.
- Masz takich więcej?
- „Godziny”, „Lektor” - to zresztą ten sam scenarzysta David Hare. „Kill Bill”, „Thelma i Louise”, a z drugiej strony „Pianistka” Michaela Haneke. Mam przyjaciół, którzy mówią, że jestem nienormalny, bo takie rzeczy mogę sobie do snu puszczać (śmiech).
- Andrzej Chyra niedawno w rozmowie ze mną powiedział, że twoje filmy w Polsce są nadal na granicy tabu. Ma rację?
- Filmy, które robię, w ogóle są na granicy, bo nie jest to ani łatwe, ani komercyjne kino. Zauważyłem, że moi widzowie, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, czują czasem po pokazie niezręczność i pewien dyskomfort. Nagle widzą pewną prawdę, a ponieważ dotykam raczej trudnych spraw, to muszą z bohaterami przepracować ich emocje. Bardzo mnie to cieszy, bo sam jako widz szukam w kinie podobnych zdarzeń. To bardzo ważny moment, kiedy nagle film nie jest już tylko filmem, kiedy nagle i postaci z ekranu, i ci, którzy na nie patrzą, są w jednym, emocjonalnym świecie.

- Twój pierwszy film „W sypialni” spotkał się z zainteresowaniem, drugi „Płynące wieżowce” był sporym sukces. Masz już taką pozycję, że zrobienie „Zjednoczonych Stanów...” było oczywistością?
- Tego się chyba nigdy nie wie, ja też nie myślę o sobie w takich kategoriach. Natomiast na pewno „Zjednoczone...” były najłatwiejsze do sfinansowania. Głównie dzięki nagrodom, które dostały „Płynące wieżowce” na międzynarodowych festiwalach, i które zostały sprzedane do regularnej kinowej dystrybucji do dwunastu krajów.
- „Zjednoczone Stany ...” już do trzydziestu.
- Czyli również sukces finansowy, ale o szczegółach musiałbyś porozmawiać z producentami (śmiech).
- Sukces, można powiedzieć, zawsze (śmiech). Każdy twój film – etiuda, dokument, fabuła – dostawał jakieś nagrody. Pomyślałeś kiedyś o sobie z tego powodu: „mam jakiś szczególny, wyjątkowy talent!”?
- Nigdy. Robienie filmów zawsze było marzeniem i stało się integralną częścią mojego życia. Nie kalkuluję, nie myślę o nagrodach, o ilości widzów, o tym, czy łatwiejsza czy trudniejsza będzie dystrybucja. Po prostu robię szczere kino, które czuję i kocham. Nie chcę uderzać w podniosłe tony, ale jakie w ogóle znacznie ma sztuka, która nie jest szczera?

- Scenariusze swoich trzech pierwszych filmów napisałeś przed laty, teraz piszesz kolejny. Czyli poznaliśmy Wasilewskiego młodzieńczego, a dorosłego dopiero poznamy?
- Rzeczywiście, one powstały kiedyś, ale pamiętaj, że nad „Zjednoczonymi Stanami...” cały czas potem pracowałem. Czyli ja z obecnych czasów też jestem w tym filmie. W każdym razie dojrzewam i moja dojrzałość, mam nadzieję, że dojrzałość (śmiech) będzie przenosiła się na bohaterów.

- Twój film dzieje się w czasie, kiedy byłeś mało dojrzały, początek lat 90., masz lat dziesięć i tamtą rzeczywistość pamiętasz raczej umiarkowanie. Dlaczego „Zjednoczone Stany...” dzieją się akurat wtedy?
- Teraz jestem mniej więcej w wieku moich rodziców z tamtych czasów. Pomyślałem o tym, jakich wyborów oni mogli dokonywać i jakich mogę teraz ja, człowiek, który właściwie zapomniał już o komunizmie. Pomyślałem, że żyłem wtedy w jakiejś bańce, świecie nieco pozornym, że nie za każdą ścianą żyła szczęśliwa rodzina, że musiało dziać się tam życie, do którego jako dziesięciolatek nie miałem dostępu. Dlatego postanowiłem otworzyć drzwi do mieszkań, między którymi wtedy żyłem. To moja fantazja na temat tamtych czasów.
- I tak się stało, że fantazjujesz tylko na temat ludzi nieszczęśliwych.
- Jak spojrzysz na wszystkie moje filmy, to zobaczysz, że zawsze interesują mnie bohaterowie złamani. Może dlatego, że jest w nich największa tajemnica. Natomiast w „Zjednoczonych Stanach...” nie podsumowuję losu ludzi żyjący w latach 90. Miałem w głowie pewne impresje, które zapamiętałem, i użyłem ich do opowiedzenia tych historii, ale one same w sobie są uniwersalne. Emocjonalnie to wszystko może wydarzyć się współcześnie, choć wybory kobiet teraz byłyby pewnie inne niż tych sprzed 26 lat.

26-07-2016 Warszawa
 Premiera filmu Zjednoczone stany milosci
 foto: Daniel Wysocki/ONS
26-07-2016 Warszawa Premiera filmu Zjednoczone stany milosci foto: Daniel Wysocki/ONSŹródło: ONS.pl, Fot: Daniel Wysocki

- Okulary też ci założyła pani Patrycja?
- Noszę, bo mam wadę wzroku. Myślałem o operacji, ale mam obsesję, że stracę po niej wzrok i nie będę mógł robić filmów. Taką samą jak ta, że zginę w wypadku samochodowym. Może jestem trochę nienormalny (śmiech).
- A to już temat na zupełnie inną rozmowę (śmiech).

ZOBACZ TEŻ:

d2ftt9f

Oszołomieni możliwościami – jak skutecznie podejmować decyzje w dobie wielu wyborów?

Czy opłaca się kupować na wyprzedażach?

OBEJRZYJ ZAWIASTUN "ZJEDNOCZONYCH STANÓW MIŁOŚCI"

d2ftt9f

Podziel się opinią

Share