Trwa ładowanie...
10-12-2010 14:32

Poza czasem

Share
Poza czasemŹródło: Malemen/ Jacek Kołodziejski
d1e3vse

tekst: Aleksandra Binkowska

zdjęcia: Jacek Kołodziejski / Shoot me

- Ludziom się wydaje, że design to wszystko to co dziwne i drogie. Ja wierzę w prostotę. Korek do wina, spinacz biurowy czy parasol są dokładnie tym, czym muszą być - mówi w najnowszym numerze "Malemena" Tomek Rygalik, jeden z najlepszych designerów w Europie, dziś dyrektor kreatywny Comforty Living.

Nie lubi słowa "trendy". Kiedy dziennikarze pytają go o te najnowsze w designie, nie wie, co powiedzieć. Bo dla projektanta czas teraźniejszy w ogóle nie powinien istnieć. On ma być tym, który zawsze wbija flagę dalej. Zawsze patrzeć w przyszłość i nigdy nie oglądać się za siebie, a tym bardziej za czymś podążać.

d1e3vse

Po raz pierwszy zrozumiał to na studiach. Architekturę na łódzkiej Politechnice wybrał, bo dawała wolność w poszukiwaniu własnej drogi. Wiedział, że to rozwojowy kierunek, a na niczym innym nie zależało mu bardziej. Chodził na zajęcia z fotografii prowadzonej przez ludzi z grupy Łódź Kaliska, na rysunek, mechanikę budowli. Chłonął wszystko, co ten wydział miał mu wtedy do zaoferowania. Czuł jednak, że to nie to. "Na polskich uczelniach wciąż panuje architektura modernistyczna, mimo że żyjemy już w postnowoczesności. Wbijają cię w modernistyczne buty. Uczą cię tak samo rysować, projektować. Tak samo myśleć. Każdy mój pomysł był odrzucany albo na drodze szybkich i drastycznych korekt sprowadzany do modernistycznej bryły. Projektowanie to, do cholery, kreowanie nowej rzeczywistości, a nie powielanie tej sprzed 50 lat" - pomyślał. I zaczął działać.

ZOBACZ FILM

O Pratt Institute - jednej z najlepszych szkół designu na świecie dużo słyszał, a jeszcze więcej czytał. Że daje ogromne możliwości, że można się wiele nauczyć. Dostał się za pierwszym razem. Przeprowadzka na Wschodnie Wybrzeże nie była problemem, bo Nowy Jork kochał całym sercem miłością szaleńczą. Taką od pierwszego wejrzenia. - Pojechałem tam na pierwszym roku z kolegą, żeby dowiedzieć się więcej o słynnej amerykańskiej architekturze. Serce zabiło mi mocniej.

W Pratt Institute dostał pomoc finansową i pracę. Sprawdzał legitymacje w pracowni komputerowej. Jednocześnie nadrabiał braki z profesjonalnych programów graficznych. - Polska w ogóle nie słyszała wtedy o świecie 3D w projektowaniu. Wszystko robiło się na kalce lub kartce papieru. Rewolucja desktopów, która do nas dopiero docierała, w Stanach była już na porządku dziennym. Prowadził bardzo intensywne życie. Był głodny doświadczeń. Mimo że oficjalnie studiował architekturę, namiętnie flirtował z innymi wydziałami. Moda, samochody... - To był chyba 1997, projektowałem Hondę na rok 2010. Ten model, który zrobiłem wtedy, jest zupełnie inny niż te, które teraz widać na ulicy, ale jego głównym założeniem była relacja przedniego koła do linii bocznej karoserii. To koło jest bardzo mocno zaznaczone, przecięte pochyłą linią. Jak spojrzysz na nową Hondę Accord to zobaczysz. Trudno powiedzieć, czy to był właśnie mój wkład, ale sama myśl, że być może tak, daje ogromną satysfakcję.

Fascynacja motoryzacją okazała się przelotnym romansem. Szybko zauważył, że najwięcej czasu spędza w pracowni projektowania produktu. W tym kierunku postanowił pójść. Zrobił licencjat z Industrial Desing. - Chciałem tworzyć rzeczy, których ludzie naprawdę potrzebują. Foldery i opinie nie kłamały: po Pratt Institute mógł przebierać w ofertach. Od razu po studiach Kodak zaoferował mu stanowisko głównego projektanta w nowo tworzącym się dziale aparatów cyfrowych. Duże pieniądze, pełen pakiet świadczeń i dom w Rochester. Czyli nie w centrum Nowego Jorku, gdzie żył do tej pory. Nie chciał się przeprowadzać. Nie chciał też ograniczać się do projektowania tylko jednego typu produktu.

d1e3vse

- Było dla mnie oczywiste, że muszę odrzucić tę ofertę. A pieniądze? - Nigdy nie projektowałem i nie będę projektował dla kasy. Design jest całym życiem, całym moim jestestwem. Mam szczęście, że odnalazłem coś, co mnie naprawdę kręci i z czego przy okazji mogę się utrzymać. Najbardziej interesuje mnie sam projekt i jego potencjał. Korzyści materialne to wartość dodana. Odmówił więc i przyjął mniej intratną, ale za to ciekawszą - według niego - propozycję. - Taką, dzięki której nadal mogłem chłonąć tę bezustannie mnie uskrzydlającą nowojorską energię.

ZOBACZ FILM

Pracował w wielu firmach zajmujących się kreacją. To, co robił, nazywało się radical research. Projektował wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. W takim miejscu designerzy nie są nastawieni na tworzenie konkretnego typu produktu, a na pewien styl myślenia. Wybitnie innowacyjny, wybitnie kreatywny. - Kiedy światowy koncern chce wprowadzić jakiś rewolucyjny, przełomowy projekt zgłasza się do firmy z zewnątrz wyspecjalizowanej w innowacyjności. Jest ich bardzo niewiele, więc dostawaliśmy naprawdę ważne zlecenia.

Już w szkole wiedział, że to, co robi, ma przełożenie na życie, że ktoś tego naprawdę potrzebuje. - Japończycy z Samsunga specjalnie do nas przyjeżdżali, żebyśmy im projektowali. Często studenci nie czują, że to, co robią, jest naprawdę potrzebne. Ja miałem to szczęście, że codziennie widziałem, że moje projekty to jest samo życie. Pracował non stop, średnio 70 godzin tygodniowo, bez weekendów. Nigdy nie stanowiło to dla niego problemu. Od zawsze wyznawał zasadę "Work hard, play hard". Praca była zabawą, a zabawa pracą. - Miałem superżycie, mieszkanie w Downtown i energię, którą to miasto oferowało. Trafiłem na czas prosperity, kiedy człowiek nie czuł nad sobą sufitu. Poszerzałem horyzonty, uwalniałem prekoncepcje z przeszłości. Nowy Jork naprawdę był wtedy stolicą świata. A potem? - Potem zawaliły się wieże i nic już nie było takie samo.

Opuścił Nowy Jork. - Spędziłem tam pięć lat. Gdy mieszka się w jednym miejscu tyle czasu, to poza ogromną liczbą plusów, zaczyna się też dostrzegać jego minusy. Jak na przykład to, że byłem cholernie daleko od Europy. Pracowałem tak dużo, że do rodziców latałem tylko na święta. Kochałem to miasto, ale nie zaskakiwało mnie tak jak kiedyś. Przetarłem w nim już swoje szlaki i wykorzystałem wszystko, co miało mi do zaoferowania. Piąłem się w górę po drabinie, którą ludzie nazywają karierą. A ja szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem człowiekiem kariery. Firma, dla której pracował, już wtedy była liderem. Za wszelką cenę nie chciał zostać menedżerem projektu czy szefem menedżerów projektu. - Szukałem sposobu na to, żeby zajmować się tym, co robię najlepiej. Po prostu projektowaniem. Pracą z materiałem.

d1e3vse

Do londyńskiej Royal College of Art przyjęło go od razu.

W Nowym Jorku bardzo łatwo jest się poczuć nowojorczykiem, bo wszystko jest bardziej dostępne niż w Europie. Londyn był zupełnie inny, nieznany, z początku - niedostępny. I o to właśnie chodziło. - Bo kiedy jest zbyt łatwo, robi się nieciekawie. Większość ludzi tak ma, że dąży do tego, żeby było im wygodnie. Ja lubię sobie utrudnić, popłynąć pod prąd. Bo kiedy już się przepłynie, to wtedy frajda jest nieporównanie większa. To jak z żeglowaniem: dopiero kiedy jest sztorm, a liny ranią ręce do krwi, czujesz, że to, co robisz, ma sens. Wtedy dopiero jest fajnie.

ZOBACZ FILM

Z senior designera cofnął się do statusu studenta. Tyle że w tamtych czasach, żeby być studentem RCA, trzeba było mieć niemały dorobek. Kultura środowiska była taka, że każdy był kimś. - Pamiętam, że na zajęcia chodził ze mną szef designu z Seiko. Dziś średnia wieku na RCA spada, ale kiedy ja zaczynałem, tam spotykali się zawodowcy, by stać się jeszcze lepsi. Poznał ludzi, którzy postrzegali świat tak jak on. Byli jak on. Nowocześni. Progresywni. Buntowniczy. Wiecznie szukający dziury w całej otaczającej nas kulturze materialnej. Był jak w transie. Podczas pierwszego roku ukończył 17 projektów. Na warszawskiej ASP robi się rocznie trzy-cztery. Kilkakrotnie zmieniał miejsca zamieszkania, żeby być jak najbliżej uczelni i nie marnować czasu na dojazdy. Dyplom robił u światowej sławy designera Rona Arada. - Pokaz końcoworoczny przerósł moje najśmielsze oczekiwania - wspomina. Skórzany fotel, który wtedy zaprojektował, był przełomem nie tylko w jego karierze, ale ważnym projektem w świecie designu. - Patrząc na
twój projekt, chciałbym, żeby był mój - usłyszał od swojego promotora. Chwilę potem mistrz zaproponował mu, aby został jego prawą ręką. Rygalik... odmówił. - To jest dobra szkoła i to raczej normalne, że potem są dobre oferty pracy. Czułem, że to będzie regres. Chciałem stworzyć coś własnego. Przyjął za to propozycję RCA i został na uczelni. Jako pracownik. Rokrocznie taki zaszczyt spotyka tylko jednego studenta. Rygalik był pierwszym Polakiem na tym prestiżowym kierunku. - Zgodziłem się, bo nie kolidowało to z moimi marzeniami o własnym studiu projektowym. Wtedy jeszcze nie wiedział, że o jego fotelu rozmawiają najsłynniejsze designerskie firmy na świecie.

Wrzesień. Kiedy zadzwonił telefon, jechał na rowerze do RCA przez Kensington Garden. W słuchawce usłyszał miły, zachrypnięty kobiecy głos: "Cześć Tomek. Mówi Patrizia Moroso. Widziałam twój fotel w pracowni u Rona. Jestem zachwycona. Wsiadaj w najbliższy samolot. Musimy o tym pogadać". Moroso jest prawdziwą trendsetterką na światowej scenie designu. Stało się normą, że oni coś produkują, a potem wszyscy się tym inspirują przez kilka lat. O mało nie spadł z roweru. Niecały tydzień później leciał do Mediolanu na spotkanie, o którym marzy każdy designer. - Patrizia powiedziała mi, że nad podobnym projektem, który zrobiłem samodzielnie jako student, od dawna pracował sztab najlepszych specjalistów. Bezskutecznie. Powiedziała też, że od dawna miała obsesję na punkcie tego, co udało mi się stworzyć. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Bardzo szybko zacząłem swoją własną działalność. Twórczość.

d1e3vse

ZOBACZ FILM

Fotel Rygalika został zaprezentowany na corocznych najważniejszych targach designu - Salone Internazionale del Mobile w Mediolanie. - Kiedy pracujesz dla Moroso, to nagle zaczynasz mieć ważne nazwisko. Świat się rozdzwonił. W "New York Timesie" ukazał się artykuł. Odezwał się prof. Jerzy Porębski, dziekan wydziału wzornictwa przemysłowego na warszawskiej ASP. Zapytał, czy nie zechciałby poprowadzić gościnnej pracowni. Zechciał.

Cały tekst przeczytacie w najnowszym numerze magazynu "Malemen". Już w sprzedaży!

d1e3vse
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1e3vse
d1e3vse