Trwa ładowanie...
ycipk-2d431w
Historia

W Wietnamie zostawił narzeczoną i syna. Po latach postanowił ich odnaleźć

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
W Wietnamie zostawił narzeczoną i syna. Po latach postanowił ich odnaleźć
(AFP)
ycipk-2d431w

W Wietnamie mogą dziś żyć tysiące potomków amerykańskich żołnierzy, którzy poczęci zostali podczas trwającej tam do połowy lat 70. ub. wieku wojny. Część z kombatantów po latach przypomina sobie o tym, że poza kawałkiem życia, pozostawili na Półwyspie Indochińskim coś jeszcze. Wielu z nich wraca dziś nie tylko do wspomnień, ale wyrusza do Wietnamu, starając się odnaleźć synów i córki. Ten narastający trend ujawnia jedno z mało znanych obliczy dawnego konfliktu.

Wojna wietnamska, mimo że toczyła się w Azji, miała wpływ na amerykańskie społeczeństwo, które wyraźnie się podzieliło. Zresztą ten wewnętrzny spór o zasadność angażowania amerykańskich żołnierzy w walki zbrojne, toczące się w najdalszych zakątkach świata, trwa do dziś. Ale to, co się stało, już się nie odstanie. Konflikt w Azji Południowo-Wschodniej odcisnął silne piętno na ludziach, przesiąknął amerykańską kulturę, a jego konsekwencje w licznych sferach życia odczuwane są do dziś. Echa tamtych wydarzeń powtórnie stają się dziś słyszalne w domach weteranów, spośród których wielu ukończyło już 60 lub 70 lat. Na starość niektórzy z nich wracają do Wietnamu. Nie po to jednak, by zmierzyć się z demonami przeszłości, ale chcąc odnaleźć swoje potomstwo.

100 tysięcy "osieroconych" dzieci

ycipk-2d431w

Szacuje się, że z poważnych związków oraz przygodnych romansów amerykańskich żołnierzy z wietnamskimi dziewczynami urodziło się około 100 tysięcy dzieci. Potomkowie, w żyłach których płynie amerykańska oraz wietnamska krew, po ustaniu działań wojennych pozostali w przeważającej większości w kraju matek. Kiedy Amerykanie wyjechali, a Wietkong wkroczył do dużych miast, by tępić wszystko, co miało coś wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi, dzieci z takich mieszanych związków nie miały łatwego życia. Wiele z nich było prześladowanych nie tylko przez władze, ale także przez rówieśników.

Cześć w weteranów wojennych, którzy w Wietnamie byli zaangażowani w podobne związki, zapragnęło na starość odnaleźć potomstwo. Niektórzy z poczucia winy, inni z potrzeby serca. Jedną z takich osób jest Jerry Quinn, który w czasie wojny w Wietnamie poznał piękną dziewczynę o imieniu Brandy. Oboje bardzo się do siebie zbliżyli i zaczęli nawet snuć plany na przyszłość. Potem zmieniająca się dynamicznie sytuacja polityczna rozdzieliła Jerry'ego i Brandy, która spodziewała się dziecka. Para zamierzała się pobrać i załatwiała formalności związane ze ślubem. Ale ich plany zostały pokrzyżowane, gdy zapadła decyzja o natychmiastowym wycofaniu żołnierzy amerykańskich z Wietnamu. Jerry znalazł się na pokładzie samolotu lecącego do Stanów Zjednoczonych. Zostawił za sobą ukochaną i dziecko.

"Starałem się potem utrzymywać z nią kontakt. Wysyłałem jej każdego miesiąca przez rok 100 dolarów, ale nigdy nie wiedziałem, czy je dostała" - wyjaśnił mężczyzna wypowiadając się dla BBC. Dodał, że Brandy przesłała mu trzy zdjęcia - na jednym ze zdjęć uwieczniona została para; na innym piękna kobieta stała z dzieckiem, synem Jerry'ego; na jeszcze innym Brandy stała obok kobiety w futrze. Ta ostatnia fotografia okazała się kluczowa, gdy Quinn powziął decyzję o wszczęciu poszukiwań swojego potomka.

Osłodzić gorzkie wspomnienia

ycipk-2d431w

Kilkadziesiąt lat po wojnie los rzucił Jerry'ego na Daleki Wschód. Mężczyzna podjął się pracy misjonarskiej na Tajwanie. Uznał wtedy, że nadeszła pora, by odkupić swoje winy i spróbować odnaleźć się w roli ojca na starość. Amerykanin trafił do Ho Chi Minh (dawny Sajgon), gdzie z pomocą Hung Phana, swojego wietnamskiego pomocnika, zaczął poszukiwania Brandy oraz syna. Nie było to zadanie łatwe, bo poza nazwą miasta, od lat 70. XX wieku zmieniono także nazwy ulic i numerację budynków. Na nic się więc zdał fakt, że Jerry pamiętał, pod jakim numerem mieszkał ze swoją azjatycką narzeczoną.

Quinn wraz ze swoim towarzyszem przechadzali się ulicami, które odwiedził kiedyś, pytając o piękną kobietę z fotografii. Kiedy poszukiwania nie przynosiły efektów, a Amerykanin był coraz mocniej zrezygnowany, pojawiła się iskierka nadziei. Kobietę w futrze, która była uwidoczniona na jednej z fotografii, rozpoznał właściciel przydrożnego baru, w sąsiedztwie którego Jerry mieszkał kiedyś ze swoją dziewczyną. Okazało się, że wraz ze swoją rodziną mieszka ona w Stanach Zjednoczonych, ale często wraca do Wietnamu. Akurat wtedy przebywała z wizytą w Ho Chi Minh. Następnego dnia Kim pojawiła się w barze i natychmiast rozpoznała Brandy. Okazało się, że obie były dobrymi przyjaciółkami, a Kim pomagała w przyjściu na świat jej syna. Kim nie miała niestety dla Jerry'ego dobrych wiadomości. W czasie, kiedy Wietkong wkroczył do miasta, wiele rzeczy związanych z Amerykanami zostało zniszczonych. Spalone zostały też dokumenty zawierające rejestr urodzeń. Identyfikacja syna amerykańskiego kombatanta okazała się niemożliwa.
Kim odczytała tylko nazwisko na spodzie zdjęcia - Bui.

Zrozpaczony mężczyzna niedługo po spotkaniu z Kim zdecydował się na umieszczenie zdjęć swojej wietnamskiej dziewczyny oraz malutkiego syna na Facebooku, nie licząc na to, że inicjatywa zakończy się sukcesem. Ale wkrótce odezwał się do niego mieszkaniec Albuquerque, który powiedział mu, że ma dokładnie to samo zdjęcie, które zostało mu po jego matce. Nazywał się Gary Bui i miał 40 lat.

Jerry z tysiącami pytań w głowie wyruszył wkrótce w daleką podróż na spotkanie ze swoim synem. Okazało się, że wkrótce po wojnie Gary został porzucony przez matkę. Kobieta obawiała się reperkusji ze strony Wietkongu i oddała go w ręce swoich przyjaciół. Chłopiec został wywieziony z Sajgonu i trafił do dżungli, gdzie się ukrywał. W wieku czterech lat trafił zaś na pokład samolotu lecącego do Nowego Jorku. Był jednym z amerykańsko-azjatyckich dzieci, które w ramach pomocy rządowej zostały sprowadzone do Stanów Zjednoczonych przez amerykańskie władze.

ycipk-2d431w

Znienawidzone bękarty

Quinn uczy się teraz bycia ojcem. Nie jest sam. Wielu byłych żołnierzy, którzy uczestniczyli w interwencji w Wietnamie, zdecydowało się na podobny krok. Niektórymi targa poczucie winy, a inni są po prostu ciekawi, co stało się z ich dziećmi - poinformowało BBC.

Jedną z osób, która pomaga weteranom jest Brian Hjort, który wraz z Hungiem Phanem (wietnamski pomocnik bohatera przytoczonej historii) prowadzi organizację non-profit. Stowarzyszenie pomaga nawiązać kontakt amerykańskim ojcom oraz ich dzieciom, które zostały poczęte w Wietnamie podczas wojny.

"Niektórzy nie chcą jednak wiedzieć. Krzyczą na mnie. 'Po co dzwonisz? Czego chcesz? Czemu mówisz mi o Wietnamie? Nie chcę mieć nic wspólnego z tym bękartem. To nie mój syn! To nie moja córka!'" - tłumaczy Brian Hjort, który zdecydował się pracować na rzecz przywracania więzi pomiędzy ojcami i ich dziećmi po wizycie, jaką odbył w Wietnamie w latach 80. "Te dzieci były na ulicach i błagały o jedzenie oraz pomoc. Wietnamczycy traktowali je okrutnie. To były dzieci wroga" - powiedział Hjort.

ycipk-2d431w

(rc/ac/facet.wp.pl)

Podziel się opinią

Share

Bądź z nami na bieżąco

tick Lubię to

na Facebooku

Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-2d431w

ycipk-2d431w
ycipk-2d431w