Za kolegów oddałby życie. Ale to nie przyjaźń, tak został wyszkolony

Po górach maszeruje tak, jakby odbywał rutynową musztrę w koszarach. Gdy o nich opowiada, używa fraz, którymi można by opisywać walkę. Uparcie nazywany "rosyjskim żołnierzem" Denis Urubko to doskonały przykład, że armia – jaka by nie była – potrafi oszlifować najtwardszy diament. Mistrzem można się urodzić, ale to dyscyplina i poznawanie własnych możliwości, jakie fundują swoim kadetom wojskowi, torują drogę do zwycięstw.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Żołnierską historię Denisa Urubki zdradzają nawet jego gesty.
Żołnierską historię Denisa Urubki zdradzają nawet jego gesty. (Facebook.com)

Kto urodził się alergikiem, ten doskonale pamięta: to w górach i nad morzem można było pierwszy raz odetchnąć pełną piersią, bez używania aerozoli rozszerzających drogi oddechowe. W taki sam sposób dusił się też jako dziecko Urubko, co skutkowało ciągłymi przeprowadzkami całej rodziny. Szlak wiódł między innymi przez Kaukaz, gdzie ze szkolnym klubem turystycznym Urubko ruszał na pierwsze wysokogórskie wędrówki. Ziarno zasiane wówczas sprawiało, że nawet mieszkając na odległych wschodnich krańcach chylącego się ku rozpadowi Związku Radzieckiego, wracał na Kaukaz czy do Pamiru.

Tam, w kirgiskim Oszu, zobaczył pewnego razu ludzi z Centralnego Sportowego Klubu Armii w kazaskiej Ałma Acie. Zrobili na nim takie wrażenie, że samotnik przyzwyczajony do samodzielnych wypraw zapragnął do nich dołączyć. Żeby jednak to się stało, musiał wyjechać do niepodległego już Kazachstanu, dostać się do tamtejszej armii, która na początku lat 90. gwałtownie się skurczyła – do zaledwie 40 tysięcy ludzi, pogodzić się z głodowym żołdem i cierpliwie czekać na swoją szansę.

Denis Urubko zdradza kulisy akcji ratunkowej. "Nigdy wcześniej helikopter nie lądował tak wysoko"

Podobno trwało to dwa lata, zanim dostał rangę porucznika. Świeżo upieczony wojskowy alpinista nauczył się w koszarach wielu rzeczy, ale najważniejszą była filozofia: rano się wstaje i idzie pod górę, bez względu na nastrój, pogodę, warunki. Liczy się zespół, za kolegów oddaje się życie. Zapytany o to, czy to przyjaźń, uciął jednak krótkim "nie, tak mnie wyszkolono".

Poczęstunek krwią kobry

– Jestem produktem wojsk specjalnych – mówi nam bez ogródek generał Roman Polko. – Zostałem instruktorem narciarstwa, bo zostałem skierowany na kursy z jednostek specjalnych. Zostałem żeglarzem, bo wojsko wysłało mnie na kurs. Zostałem spadochroniarzem, bo wojsko skierowało mnie na skoki – wylicza. Jednocześnie podkreśla, że wojsko – nawet jednostki specjalne – dbając o rozwój poszczególnych umiejętności swoich żołnierzy, nie czyni z nich mistrzów dyscyplin sportu czy wyczynowych eskapad. – Najważniejszy jest ogólny rozwój. W innym przypadku dochodzi do sytuacji, gdy na wojskowych zawodach wyczynowy pluton spadochroniarzy rzeczywiście bije w skokach na głowę wszystkich innych. Ale w innych dyscyplinach wypada już blado – podsumowuje.

– Przykład żołnierza Urubki nie ma wiele wspólnego ze szkoleniem komandosów. Jego służba wojskowa nie miała nic wspólnego ze szkoleniem jednostek specjalnych – zastrzega w rozmowie z WP Jacek Pałkiewicz, podróżnik i specjalista w zakresie surwiwalu, szkolący m.in. żołnierzy. Cóż, Urubko nie jest produktem wojsk specjalnych, ale mógłby być. Naturalne środowisko kazaskich alpinistów to pasmo Tien-Szan: kilkudziesięciostopniowe mrozy zimą, śnieg po pachy, lawiny, wspinaczki bez prowiantu, ze skąpymi dawkami płynów, bez przestojów. Takie forsowne marsze weszły Urubce w krew: w końcu już kilkanaście lat temu miał plan zdobycia z marszu dwóch ośmiotysięczników jednocześnie i do dziś chodzi po górach w podobny sposób.

Jednostki i służby specjalne z całego świata próbują uczyć swoich rekrutów podobnej wytrzymałości fizycznej, ubierając to w szaty ekstrawaganckich treningów. Japończycy, niczym na filmach kung-fu, aplikują żołnierzom rytuał tameshiwari – rozbijania ciosem dłoni drewnianych płyt lub cegieł. Chińczycy robią to samo, tyle że... głową. Chińczycy z Tajwanu każą rekrutom czołgać się po porowatych, szorstkich kamieniach wielkości pięści. Koreańczycy z Południa lubują się w bojowym rytuale, polegającym na nacieraniu śniegiem nagich torsów przy jednoczesnych wznoszeniu bojowych okrzyków, co może trwać godzinami.

Facebook.com
Podziel się

Nic czego byśmy już wcześniej nie widzieli w telewizji? Cóż, bywają szkolenia, o których wiedzą tylko pasjonaci. Kilka lat temu tajscy komandosi raczyli się z amerykańskimi marines krwią kobry – takie ćwiczenie z technik przetrwania. Adeptom jednostek specjalnych w Afryce fundowano wielokilometrowy trawers pustyni z zespawanymi metalowymi belkami o wadze minimum kilkuset kilo (belkę ciągnął cały zespół, ale jeżeli ktoś z zespołu odpadał, reszta musiała ciągnąć ten złom dalej). Meksykanie ćwiczą na cienkich stalowych linkach rozwieszonych w poziomie: kto ześlizgnie się z takiej linki, odpada. Chińczycy skaczą przez płonące obręcze, Irańczycy walczą na noże na treningach "na poważnie", Niemcy muszą złożyć pistolet pod wodą, Australijczycy łowią ryby wystruganą z gałęzi dzidą.

Denis Urubko zdradził kulisy opuszczenia wyprawy na K2. "Problemy tkwią w mentalności uczestników i kierownika"

Urubce przypadłaby jednak pewnie do gustu zupełnie inna selekcja. W rozciągającym się u stóp Himalajów Nepalu co roku odbywa się selekcja Gurkhów do elitarnych oddziałów brytyjskiej armii. Z kilkunastu tysięcy zgłoszeń ostatecznie wybranych zostanie około dwustu, trzystu osób. Kluczowym testem jest zaś tzw. doko – kilkukilometrowy bieg w górę zbocza, z 25-kilogramowym workiem kamieni na plecach. Gurkhowie, którzy przejdą ten test, dostają od losu niepowtarzalną szansę: gwarancję 15-letniej służby na relatywnie niezłym żołdzie Jej Królewskiej Mości – i brytyjską emeryturę.

Elektrowstrząs za gapiostwo

Wyprawy wysokogórskie to nie to samo – zastrzega generał Polko. – Ale wciąż jest to kwestia wytrzymałości, wytrwałości, hartu ducha – wylicza. Bo psychika musi znieść niewiele mniejsze obciążenie niż zbolałe plecy. – W ekstremalnych warunkach żołnierze przekonują się, jakich stanów psychicznych doświadczają. Poznają efekty braku snu i jedzenia. Poznają samych siebie, swoje ograniczenia, uczą się je przełamywać. Wojsko bywa tu nieocenionym doświadczeniem, bo samemu nierzadko trudno zaaplikować sobie taki wysiłek, jaki jest w czasie kursu aplikowany przez instruktorów – opowiada były dowódca GROM.

Zgadza się z tym Pałkiewicz. – Pamiętajmy, że kursy elitarnych formacji, jak Delta Force, Navy Seals, Legia Cudzoziemska czy Specnaz, często są określane piekłem, kształtującym determinację i odporność na stres – podkreśla. – Katorżnicza praca nie tylko pozwala na poznanie granic własnych możliwości, ale łamie też cechy indywidualne na rzecz pracy zespołowej. W świecie himalaizmu to warunek niezbędny! – kwituje.

Zobacz też: Wojciechowska o Urubce: bardzo niezależny człowiek

Cały arsenał środków pozwalających zbudować nadludzką odporność psychiczną opracowały służby wywiadowcze. Radzieckie GRU, wojskowe służby wywiadowcze, miały – zgodnie z relacją ich najważniejszego mitotwórcy, Wiktora Suworowa, zapisaną w książce "Akwarium" – karać swoich rekrutów wstrząsami elektrycznymi, jeżeli ci zapomnieli jakiegoś detalu swojej "legendy". Przyszłych agentów GRU wyrzucano z pociągów, by nauczyć ich przytomności umysłu w chwilach skrajnego zagrożenia, albo stawiano naprzeciw skazanych na śmierć, słynących z brutalności kryminalistów, by walczyli z nimi wręcz.

Z czasem metody łagodniały. Były agent brytyjskiego MI6, Richard Tomlinson, w skandalizujących wspomnieniach wydanych półtorej dekady temu, opisywał już nieco inne metody: agenci musieli umieć np. tak prowadzić przypadkowe rozmowy, by zdobyć numer telefonu lub ubezpieczenia rozmówcy. Organizowano dla nich pozorne "operacje", w ramach których wpadali w ręce lokalnych służb wywiadowczych i byli poddawani długotrwałym przesłuchaniom. Ekstremalnych wyzwań fizycznych raczej rekrutom nie aplikowano – choćby dlatego, że podobnie jak Tomlinson, w sporej mierze wywodzili się z jednostek specjalnych armii.

3766 kilometrów wpław

Jeżeli patrzylibyśmy na sukcesy Urubki wyłącznie z perspektywy jego wojskowego przygotowania, trzeba byłoby pewnie zapytać w końcu – dlaczego wśród wyczynowców na całym świecie mamy tak niewielu byłych żołnierzy. Zdaniem generała Polko, odpowiedzi jest kilka, ale wszystkie są dosyć proste. – Żołnierz, który wybiera drogę zawodową związaną z wojskiem, jest dla sportu wyczynowego stracony. Po prostu najlepsze lata życia poświęca armii – podkreśla.

Drugą kluczową przyczyną jest to, że proces szkolenia wyczynowca – takiego, który celowałby w bicie światowych rekordów w jakiejś dziedzinie – zaczyna się dziś znacznie wcześniej niż służba wojskowa. – Do Jerzego Dudka, z którym grywamy razem w hokeja, przyszła niedawno mama z sześcioletnią dziewczynką, chcącą trenować. I usłyszała, że już za późno – mówi Polko. – Dzisiejszy sport to morderczy trening, który trwa całą dobę. Poranny trening, drzemka, popołudniowa drzemka, odpowiednio dobrana i aplikowana dieta: wojsko nie jest w stanie nikomu zapewnić takiego reżimu z taką konsekwencją, jak trenerzy mistrzów – kwituje. Mało tego: armia ceni sobie wszechstronność żołnierza – mężczyzna z potężną muskulaturą z siłowni byłby raczej fatalnym komandosem, bo nadmiar masy mięśniowej powoduje choćby utratę zwinności.

Agencja Gazeta
Podziel się

Co nie znaczy, że wojskowi nie próbują swoich sił, podejmując ekstremalne wyzwania. Trzy lata temu były żołnierz amerykańskiej marynarki wojennej, Chris Ring, przepłynął wpław cały – liczący sobie, bagatela, 3766 kilometrów – bieg rzeki Mississippi. Weteran wojny w Iraku, Chad Jukes, został w zeszłym roku pierwszym wspinaczem z protezą nogi na szczycie Mount Everest. Nie zawsze kończy się to jednak dobrze: kilka miesięcy przed tym, jak Jukes stanął na najwyższym szczycie świata, w trakcie pierwszego pieszego trawersu Antarktyki zmarł były pułkownik brytyjskiej armii, 55-letni Henry Worsley – inna sprawa, że do historycznego rekordu zabrakło mu zaledwie trzydziestu mil, a śmierć wywołało nagłe zapalenie otrzewnej.

Nie ma zatem żadnych wątpliwości, że wojskowych ciągnie do bicia rekordów. – Tego może nie widać, bo uczestnicy wypraw czy innych takich inicjatyw nie eksponują tego, że są żołnierzami – tłumaczy Polko. – Ale ich pasja to cecha związana z osobowością bardziej niż ze służbą wojskową. Po prostu takich ludzi szukamy – mówi. I jak wylicza, najsłynniejsze obecnie imprezy dla wyczynowców w Polsce są dziełem byłych żołnierzy, zwłaszcza z jednostek specjalnych. – To trochę jak na wojnie. Bić się trzeba. Tylko umierać nie wolno – skwitował swego czasu Urubko. Pasuje tu jak ulał.

Polub WP Facet
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.